środa, 9 kwietnia 2014

Rozdział III

Rozdział III
Ucieczka

Ze sporego, miękkiego łóżka wstał szesnastoletni blondyn. Powoli i spokojnie zbliżył się stolika, na którym leżały biała tunika, czarne nogawice i granatowa. skórzana kurtka, sięgająca do połowy ud. Ubrał się, a na końcu wciągnął na nogi wysokie buty wykonane z białej jak śnieg skóry. Tak ubrany zebrał z narożnika pokoju jednoręczny miecz, schowany w brązowej pochwie zdobionej srebrnymi akcentami oraz cisowy łuk, które otrzymał od Artaira w dniu swoich szesnastych urodzin. Na ścianie zawieszony był brązowy kołczan, z którego wystawało kilka strzał z czerwono białymi lotkami. Z podłogi zabrał dużą torbę z paskiem, stanowczo za dużym na jakiegokolwiek człowieka. Bezszelestnie otworzył misternie zdobione, dębowe drzwi i wszedł do centralnej komnaty. Na jej ścianach zawieszone były pochodnie jarzące się żółtym ogniem. Skierował się w stronę lewej komnaty, pełniącej rolę spiżarni. Po cichu wszedł do środka i spakował do torby prowiant na około tydzień. W starej beczce po winie leżały dwa, spore mieszki wypełnione złotymi monetami. Po wyjściu z sali stanął na środku pomieszczenia. Spojrzał do góry. Centralnie nad jego głową jaśniał księżyc, którego światło wpadał do komnaty przez gigantyczny i długi na sto łokci, idealnie okrągły otwór.
- Teraz, Tonitresie – powiedział w umyśle Edan.
Nagle tarcza księżyca została zasłonięta przez ogromnych rozmiarów gryfa. Niespodzianie chłopak usłyszał za plecami dźwięk, który zmroził mu krew w żyłach:
- Nie jesteś gotowy, mój uczniu – powiedział Artair.
- Nie ty masz o tym decydować, mistrzu – wysyczał Edan, po czym wykrzyknął w umyśle – Czekaj Tonitresie. Zostań na górze i bądź gotów na plan awaryjny.
Chłopak powoli cofał się do ściany w miarę jak jego mistrz się doń przybliżał. Zaczął zbierać energię w rękach i nogach starając się je wzmocnić.
-Edanie, nie bądź głupi. Nie jesteś gotów. Opanowałeś ledwie początki. Nie umiesz nawet kumulować energii w częściach ciała, a co dopiero ją formować i materializować. O kontroli nie ma nawet co mówić. Nie pokonasz Larkina!
- Nie będziecie mnie tu zatrzymywać. Potrafię sam o siebie zadbać. Zemszczę się! - ostatnie słowa były przepełnione żalem, którego nie pozbył się nawet po roku od tamtej tragedii.
Edan czuł energię w swoich rękach i nogach. Uformował z niej gryfie szpony i łapy. Wyskoczył nad swego nauczyciela, nim ten zdążył zareagować i wylądował za nim. Pobiegł tak kilka metrów, po czym porządnym susem wskoczył do wielkiego otworu, znajdującego się pięć metrów nad ziemią i wbił swoje szpony w kamień. Pędził z ogromną prędkością pionowo w górę zapierając się szponami u wielkich łap uformowanych z czerwonej jak krew energii. Po dłuższej chwili dotarł do szczytu otworu i wystrzelił wysoko w niebo. Szpony i łapy zniknęły, a na ich miejsce powróciły normalne, ludzkie ręce i nogi. Zaczął opadać, lecz gdy już miał rozbić się na skałach, wylądował na czymś miękkim. Był to jego gryf. Błękitno srebrne futro błyszczało w blasku księżyca i gwiazd. Wielkie na dziesięć stóp skrzydła wzbijały jego kolosalne ciało w górę. Mroźne, nocne powietrze biło Edana po twarzy i rozwiewały jego średniej długości blond włosy.
- Na pewno chcesz tam lecieć?
- Tak. Muszę zobaczyć co się stało.
- Jak chcesz.
Chłopak odwrócił się jeszcze raz w stronę góry.
- Przepraszam mistrzu – szepnął.

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~


Edan klęczał w miejscu gdzie powinna być główna ulica i patrzył na miejsce gdzie rok temu zginęli jego rodzice i ukochana. Przypomniał sobie wszystko co się stało. Z oczu płynęły mu stróżki łez, serce wypełniał smutek i gorycz. Tonitres podszedł do niego, oparł pysk na jego ramieniu i polizał go po twarzy.
- Dziękuję.
- Przynajmniej zabiłeś wszystkich.
- Tak, ale nie zdołałem ich ocalić.
- Ruszajmy. Już nic nie zrobisz – spróbował go pocieszyć gryf.
- Masz rację. Nie ma co zwlekać, przyjacielu.
- Wsiadaj, bracie – rzekł z nutą współczucia Tonitres.
Blondyn powoli wstał z klęczek i wspiął się na grzbiet zwierzęcia. Złapał się jego lśniącej sierści, po czym odlecieli w stronę Gór Białych. Wlecieli pomiędzy ponad białe pióropusze chmur. Gryf opadł na wskazaną przez blondyna półkę skalną. Edan pojął wtedy czemu te góry noszą nazwę białych. Wszystkie były z białego wapienia, a ich szczyty pokryte były czystym jak łza, wiecznym śniegiem. Wylądowali na sporych rozmiarów, płaskiej półce. Wszędzie panowało przenikliwe zimno. Edan powiedział:
- Przydałaby się jakaś jaskinia.
- Owszem – odparł gryf – Polecę jakiejś poszukać.
- Nie trzeba – powiedział chłopak i zbliżył się do skały wyciągając rękę.
Po chwili na dłoni pojawił się czerwony ogień, liżący powoli wapienne skały, które po chwili zaczęły się topić niczym masło na słońcu. Proces trwał już od kilku minut i płomienie zdążyły wypalić sporą dziurę w skalę. Wtedy blondyn rzekł cały czas trzymając ręce na ścianie i prąc naprzód:
- Tonitresie, przynieś tu drewno na opał – rozkazał chłopak.
Gryf rozłożył skrzydła i poleciał. Edan przez chwilę go obserwował, lecz gdy zwierzę zniknęło za górą skupił się na pracy. Cały czas przesyłał energię w głąb skały topiąc ją, a drugą ręką, nienaturalnie powiększoną za pomocą energii, zrzucał pozostałości w dół zbocza. Po dłuższym czasie skończył i obejrzał swoje dzieło. Wytopił w kamieniu jaskinię długą na piętnaście łokci i wysoką na tyle by zmieścił się do niej gryf i zostało jeszcze sporo miejsca. Rozłożył koce na ziemi i wyjął z torby, wcześniej założonej na gryfie, kilka kawałków mięsa, chleb, garnek i łyżkę. Wlał do naczyniawodę z bukłaka i wrzucił do niej kawałki mięsa oraz bryłkę soli dla smaku. Czekał tylko na powrót towarzysza z drwami na opał. W międzyczasie wyjął z torby kilka ziół i odłożył je na bok. Do garnka wrzucił też dwa pomidory i marchewkę pospiesznie pokrojone na gołym kamieniu. W końcu usłyszał znajomy szum skrzydeł. Na widok Tonitresa niosącego drewno w pysku ucieszył się niezmiernie:
- Wreszcie jesteś, bracie! - wykrzyknął radośnie Edan.
- Nie szykuj mi nic do jedzenia. Upolowałem młodą kozę. Tylko rozpal ognisko, bo na zewnątrz jest niesamowicie zimno. Chyba zamarzły mi szpony – powiedział do chłopaka w umyśle z lekkim wyrzutem.
Po tym fakcie wyrzucił z pyska drwa i ułożył się na końcu groty. Blondyn zabrawszy drewno rozpalił ogień pstryknięciem palców, a to, które zostało, schował do torby.
- Przyda się na później – rzucił w stronę gryfa, który już smacznie spał.
Spostrzegłszy to, położył gar nad ogniem i zajął się gotowaniem. O dziwo gulasz nie był wcale zły, a po posiłku położył się obok towarzysza plecami do ogniska, a on przykrył go skrzydłem.
- Nie śpisz? - spytał Edan.
- Nie. Tak głośno jesz, że mnie obudziłeś – rzekł z wyrzutem – Ale co teraz zamierzasz zrobić? Wiesz, że gdziekolwiek byś nie poszedł to ja zawsze pójdę z tobą, przyjacielu.
- Wiem, bracie. Wiem. Jutro z rana udamy się do pobliskiej wioski, a ja postaram się czegoś dowiedzieć o tym Ruchu Oporu. Tylko proszę cię Tonitresie. Nie rzucaj się w oczyb– powiedział błagalnie.
- O to się nie bój, kolego. Poradzę sobie – powiedział po czym zasnął.
Edana po chwili również zmorzył sen, po smacznym i sytym posiłku.

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

Blondyn siedział w karczmie rozbrzmiewającej wieloma głosami, w której pełno było pijaków, a także mężczyzn znudzonych życiem i ględzeniem żon. Oprócz nich była tam także najgłośniejsza grupa żołnierzy jaką w życiu widział - albo lepiej – słyszał. Trzaskali pięściami w stoły, rozlewali miód i zaczepiali każdą nierozważną dziewkę. Jeden z nich podjął najbardziej interesujący Edana temat.
- A słyszeliście hik żę jutreo hik mamy eskortować jakiś konwój w stronę hik Sorok hik? - w tym momencie uderzył z całej siły w stół rozlewając po towarzyszach trunki.
- Ciiiii! – powiedział jego trzeźwiejszy kolega, przysuwając chwiejący się palec do ust. - Kapitan powiędział, abyźmy nie rozpowiadali tego po knajp... hik knajpach – rzekł grożąc palcem.
- A to debile – powiedział cicho Edan ze zdziwieniem, śmiejąc się w duchu z głupoty żołnierzy.
- Mam tylko nadzieję hik , że nie zaatakują nas ci hik partyzanci. Osssstatnio hik, przejmują hik, każdy masz hik transpord hik.
- Nie partyzanci tylko hik rebelianci – i po tych słowach beknął potężnie, uderzył głową w stół i zasnął.
- A to hik świnia. Wygląda na to że nie dopił swojego piwa hik. Ktoś będzie musiał dopić je za niego. Ja się piszę
- Nie, ja byłem jego najlepszym przyjacielem więc to ja powinienem je wypić – i w dowód przyjaźni przytulił śpiącego towarzysza.
- Ale to mi jest dłużny. - krzyknął inny.
Żołnierze rzucili się sobie do gardeł. W karczmie zapanował zamęt. Dookoła latały kufle, krzesła i inne rzeczy. Jeden z żołnierzy złapał obraz wiszący na ścianie uderzył w barmana przebijając płótno. Ten uciekł na górne piętro z ramą na szyi. Zapanował chaos, z którego skorzystał Edan. Nie musząc płacić za strawę wybiegł unikając ciśniętego w jego stronę kufla. W ten sposób zdobył potrzebne informacje i zaoszczędził pieniądze. Wyszedł powoli przez bramę i ruszył w stronę lasu,w którym czekał na niego Tonitres. Chłopak wsiadł nań i odlecieli w stronę odległego od nich o jakieś 40 staj Soroc, do którego nazajutrz miał wyjechać konwój. Musieli przygotować zasadzkę w pobliskim lesie. Nie sądzili, że skrzyżują losy z inną parą podobnych sobie.

wtorek, 18 lutego 2014

Rozdział II

Rozdział II
W niewoli


   Edan przedzierał się gęstwinę w ich miejsce. Jego i Isleeny. Właśnie wyszedł na polanę i zobaczył ją, stojącą w blasku księżyca. Jej długie różowe włosy rozwiewał wiatr. Pomachała mu i uśmiechnęła się; odpowiedział tym samym. Nagle z lasu za jej plecami wyskoczyli dwaj zbrojni odziani w zbroje, przykryte czarnymi tunikami z wyhaftowaną białą błyskawicą. Chciał krzyknąć, żeby uciekła, ale nie mógł wydobyć najcichszego dźwięku. Pragnął pobiec w jej stronę, lecz ciało odmawiało wykonania rozkazu. Żołnierze byli coraz bliżej, gdy odwróciła głowę w ich stronę, było już za późno. Srebrny miecz opadł odcinając ramię i ukazując rzekę krwi. Żołnierze pomknęli ku niemu z klingami połyskującymi krwią Isleeny. Nagle w jego głowie odezwał się znajomy głos. Oddaj mi swe ciało, a wypełnię je mocą tak wielką, że nikt i nic się jej nie przeciwstawi – powiedział głos. Przeciwnicy byli coraz bliżej… i bliżej… i bliżej... zbyt blisko. ODDAJ MI JE!!!
- Aaaaaaa!!!
  Edan zerwał się z krzykiem. Do jego spoconego ciała lepiła się kołdra, a serce waliło jak młotem. Uspokoiwszy się, rozejrzał się po pomieszczeniu. Była to niewielka kamienna komnata z dużym łóżkiem, kamiennym biurkiem i wyrzeźbionym w skale oknem. Naprzeciwko niego stały misternie zdobione drzwi. Chłopak wstał z łóżka i założył na siebie leżące na biurku białą tunikę, czarne nogawice. Zostawił granatową, skórzaną kurtkę do połowy ud i wzuł jeszcze buty do połowy łydek, wykonane z białej skóry. Tak odziany chciał już wyjść, gdy usłyszał za sobą głos.
- W końcu się obudziłeś. Witam cię w moim dworze, Edanie. 
Obrócił się na pięcie, przestraszony. Stał przed nim wysoki mężczyzna, liczący sobie około czterdziestu lat. Jego szare, mętne oczy wpatrywały się w Edana z zainteresowaniem. Na głowie sterczały rozczochrane, krótkie włosy, gdzieniegdzie posiwiałe. Spód pociągłej twarzy wieńczyła krótka kozia bródka.
- Skąd znasz moje imię? - spytał nieufnie.
- Jak twój ojciec chrzestny może nie znać twojego imienia? - uśmiechnął się.
- Jesteś moim ojcem chrzestnym? - spytał zszokowany – Nie może być. Przecież on zaginął wiele lat temu.
- Jak widać, nie – znów się uśmiechnął.
  Edan zastanowił się nad tym. Swoją drogą, nieznajomy wydawał się bardzo miły i godny zaufania. Czemu więc nie spróbować. Prawdopodobnie i tak się stąd nie wydostanie. Był chyba w jakimś lochu. W jego głowie kłębiły się setki pytań.
- Skąd ja się tu wziąłem? Jak się nazywasz? Co się stało z moją wioską? Co z moją rodziną? I jakim cudem... - miotał słowami na prawo i lewo, jak karabin maszynowy.
- Spokojnie, spokojnie. Nie tak szybko. Odpowiem teraz na pytania. Nazywam się Artair. Ja cię tu sprowadziłem. Twoja wioska i wszyscy jej mieszkańcy nie istnieją...
- Jak... Kto... Czemu... - do jego oczu zaczęły napływać łzy.
- Larkin chciał cię zabić. Szczęście, że byłem w pobliżu, żeby zobaczyć co się dzieje w tej wiosce.
- Ale czemu król chciałby mnie zabić? - spytał łkając po stracie wszystkiego co miał.
- Nie jesteś zwykłym chłopcem. Zawsze odznaczałeś się niezwykłymi zdolnościami, prawda?
- Na przykład jakimi? - spytał tamując łzy.
- Zawsze byłeś silniejszy, szybszy, zwinniejszy i mądrzejszy niż inni.– mówił ciągle zbliżając się do niego, aż w końcu podniósł jego koszulę, ukazując pieczęć - To wszystko za sprawą tego.
- Co to jest? Co mi zrobiłeś!?
- Ja nic. To Pyros – bóg ognia. Jesteś jego wybrańcem.
- Kim jestem? - zdziwił się. W jego oczach nadal stały łzy.
- Nie płacz jak baba. Bądź mężczyzną! – rzucił oschle, zirytowany mężczyzna.
- Dobrze – powiedział Edan. Wytarł łzy i uspokoił się. Artair może i był dla niego szorstki, ale potrafił pomóc mu zatrzymać potok łez i zażegnać smutek.
- Jesteś Wybrańcem Ognia, chłopcze. Jesteś tym, który może zgładzić zdrajcę Larkina i ustanowić pokój w tej krainie.
- Przecież nie jestem nikim, kto mógłby podołać takiemu brzemieniu.
- Nie słuchasz mnie. Jesteś Wybrańcem Ognia! Masz moc o jakiej słyszałeś tylko w legendach.
- A kim są ci wybrańcy? - zaciekawił się. Powoli smutek był zastępowany przez chęć zemsty na Larkinie i jego ludziach.
- Jesteśmy pół bogami. Dostaliśmy część boskiej mocy, a ty masz jej najwięcej ze wszystkich.
- My?
- Ja też jestem wybrańcem. Wybrańcem Powietrza.
- Jesteś szurnięty. Jak mam się stąd wyjść?
- Musiałbyś mieć skrzydła, a nie wydaje mi się żebyś miał. A może się mylę?
- Skrzydła!? - wykrzyknął z niedowierzaniem i szeroko otwartymi niebieskimi oczami.- To gdzie ja jestem?
- W środku góry, a jedyne wyjście znajduje się na jej szczycie.
- Więc jak się tu dostaliśmy?
- Przylecieliśmy, z jego pomocą – wskazał ręką w kierunku otwartych wrót, za którymi pojawił się gigantyczny orli łeb.
- Bogowie! Co to jest?!
- „Kto”, pisklaku. „Kto – powiedział doń melodyjnie i łagodnie orzeł.
- O bogowie! Jestem tu z ześwirowanym staruchem i gadającym orłem! - wykrzyczał mocno skołowany Edan.
- Może to nauczy cię pokory i szacunku do swoich nauczycieli – wyciągnął rękę w stronę dzbanka z wodą, stojącego na stoliku, z którego wyleciał strumień wody. Przybrała ona jednak delikatnie żółtą barwę. Po chwili uformowała się z niej lina i spętała Edana, który jak kłoda runął na ziemię.
- Coś ty mi zrobił świrze?! Pewnie mnie tu teraz niecnie wykorzystacie! - ryknął Edan z ziemi.
- Ale się trzepie. Jak młody zając – skomentował orzeł.
- Jest jeszcze młody Shea, nauczy się.
Chłopak cały czas miotał się po ziemi próbując zerwać więzy i krzyczał.
- Uwolnijcie mnie! Nie będziecie mnie tu więzić!
- Przestań się tak drzeć! Uwolniłbym cię już dawno gdybyś się uspokoił!
Edan zrezygnowany przestał się miotać i położył się bez ruchu oświadczając:
- Nie ruszę się stąd na krok póki mnie nie uwolnisz!
- Chyba się nie nauczy Artairze – rzekł Shea.
- Też w to wątpię, ale nie traćmy jeszcze nadziei.
- Może to nie ten? - powiedział pytająco orzeł.
- Przecież sam widziałeś, co zrobił w Tarenie.
- Owszem. Może to i on, ale niech nie liczy na mnie gdy coś mu się stanie. Jest zbyt głupi.
 - Nie jestem wcale głupi! I co takiego zrobiłem? Tak w ogóle to może zaczęlibyście mówić do mnie, a nie traktować mnie jak powietrze!
- Zaraz sam użyje na tobie powietrza, chłopcze – powiedział przez zęby Artair i uformował na dłoni dziwną, żółtą kulę kręcącą się w środku.
- Dobrze, dobrze, już nic nie mówię.
- No nareszcie.
- A teraz przejdźmy do rzeczy. - powiedział, a więzy trzymające Edana zniknęły. - pamiętasz atak na twoją wioskę?
- Tak, właśnie wracałem z polowania, gdy zobaczyłem że miasto się pali. Pobiegłem w jego stronę. Gdy znalazłem się na głównej ulicy zobaczyłem pozostałych przy życiu wieśniaków, ja... nie zdążyłem ich uratować, byłem za daleko. Zginęli wszyscy, na moich oczach, wszyscy – znów do oczu napłynęły mu łzy.
- Pamiętasz coś jeszcze?
- Tylko twarze rodziców i Isleeny. Pamiętam głos w mojej głowie...
- Jaki głos?
- Wiem tylko, że to nie był ludzki głos. Był władczy i majestatyczny. Pełen dumy i pewności siebie.
- Więc to jednak on... – na twarzy mężczyzny pojawiło się zamyślenie i błogi spokój.
- Orzeł spojrzał na niego pytająco, a Artair odpowiedział mu:
- To musiał być twój daleki kuzyn, Sheo.
- On? Niemożliwe, żeby miał w sobie tak potężne zwierzę. Chociaż jeżeli to ten z przepowiedni to... to na pewno mógłby być on – powiedział orzeł i po chwili, także się zamyślił.
- O co znowu chodzi! - wykrzyknął Edan.
Artair już wyciągnął rękę, ale po chwili cofnął ją i rzekł:
- Chodź za mną. 
  Wyrwał się z zamyślenia i ruszył w stronę odrzwi. Chłopak pozbawiony wyboru podążył za nim. Za drzwiami zobaczył gigantycznego orła. Jego oko, było wielkości pięści chłopca. Potężne skrzydła złożone były na jego masywnych bokach. Szpony przy każdym kontakcie z posadzką wydawały dźwięk pocierania metalem o metal. Ogon długi na pięć łokci włóczył się po ziemi. Złociste pióra błyszczały w świetle pochodni, którymi oświetlona była sporych rozmiarów, okrągła sala. Gdy chłopak spojrzał w górę zobaczył, że sala miast sufitu ma monumentalny otwór przez, które widać było nocne niebo rozjarzone gwiazdami. W ścianach sali znajdowały się identyczne drzwi jak od pokoju w, którym obudził się Edan. Skierowali się w stronę jednych z nich znajdujących się po prawej, nieco większych od pozostałych. Weszli do pomieszczenia, które okazało się wielką biblioteką. Na środku pomieszczenia znajdował się wielki pentagram, dookoła niego ustawione były w okręgu regały z książkami. Na suficie nad pentagramem namalowane były twarze wszystkich bogów wraz z poświęconymi im zwierzętami. 
- Stań w centrum pentagramu.
Edan posłusznie wykonał polecenie, gdyż wiedział że opór jak na razie nie ma najmniejszego sensu.
- Ale co z tym głosem?
- Każdy wybraniec – czyli osoba, która została obdarzona połową boskiej mocy, ma zapieczętowane wewnątrz siebie zwierzę poświęcone danemu bogu. Przed wydostaniem się go chroni cię pieczęć – taka jak na twoim brzuchu.
- Ale jaka pie...
- Nawet nie pytaj!
- Dobrze już poważnieje – momentalnie zmienił się wyraz jego twarzy. Z roześmiania i głupkowatości w skupienie i ciekawość.
- Wracając. Pieczęć ma sześć poziomów. Odblokowanie pierwszego pozwala na czerpanie niewielkiej energii z zapieczętowanego zwierzęcia. Odblokowanie drugiego pozwala słyszeć jego myśli i zwiększa przepływ energii. Trzeci pozwala na bezpośredni myślowy kontakt, zwiększa przepływ energii i widocznie zmienia twoje ciało, lecz w niewielkim stopniu, oraz umożliwia przyzwanie widmowej postaci zwierzęcia . Czwarty...
- Jak to zmienia ciało?
- Zaraz do tego dojdę. Czwarty stopień pozwala na wykształcenie się widmowych części ciała zwierzęcia i daje jeszcze większą energię. Piąty pozwala przybrać humanoidalną formę zwierzęcia i umożliwia przepływ energii do maksimum.
- A co z szóstym?
- Dowiesz się gdy będziesz gotowy. A teraz rozpocznijmy szkolenie. Twoim żywiołem jest ogień, więc zacznijmy od kuli ognia. Popatrz na mnie – powiedział znacząco Artair.
Złapał się za przegub i nagle na powierzchni dłoni zajaśniał niewielki płomień, który w niesamowity sposób zaczął rosnąć i po jakichś dwóch sekundach uformował kulę z ognia. Miała ona jednak żółty kolor. Emanowały z niej złociste płomienie.
- Teraz twoja kolej, chłopcze. Możesz złapać się za przegub jeśli tak jest ci łatwiej. Ten pentagram znacznie ułatwi ci kontrolę i zrozumienie tej techniki. Teraz skup się na dłoni i wyobraź sobie na niej kulę ognia. Spróbuj skupić tam energię. Będziemy próbować, aż ci się nie uda, lub padniesz ze zmęczenia.
  Edan złapał się za przegub i wykonał polecenia Artaira. Na dłoni pojawił się drobny, czerwony płomyk, ale nic więcej.
 - To dobry początek. Spróbuj jeszcze raz, mój uczniu.
- Tak jest, mistrzu – powiedział z szacunkiem po raz pierwszy. Pragnienie zemsty wzbierało w nim z każdą sekundą. Chciał zabić Larkina za to co mu zrobił. I dzięki magii, mógł tego dokonać. Musiał tego dokonać.

niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział I

Rozdział I
Wilczy Wojownik

   Szli przez las jakieś dwadzieścia minut. Mijali kolejne drzewa. Od czasu do czasu przechodzili przez jakąś polankę, ale oprócz tego cały czas widzieli to samo. Gdy tak kroczyli usłyszeli jakiś szelest. Z gęstwiny wyskoczył przed nich gigantyczny wilk. Miał pysk na poziomie twarzy Screamgour'a. Wyszczerzył na niego swoje wielki, białe i błyszczące kły. W jego czarnych jak noc oczach widać było złość. Powiedział:
- Czego tu chcesz człowieku?Chłopak był bardzo przerażony. Cofnął się o krok, a stojąca przed nim brązowa bestia gotowa była nań skoczyć w każdej chwili. Jednak spod kaftana Screamgour'a wyszedł mały wilczek, który nadal mu się nie przedstawił. Wilk spojrzał na szczenię.
- Możecie wejść. Sirmill, podejdź tu. 
Koło wilka pojawił się drugi. Miał szarą sierść, całkiem inną od brązowej sierści towarzysza. 
- Zaprowadzisz naszych gości do głównej sali. Król chce ich widzieć.
Sirmill skłonił się i odszedł. Screamgour zrozumiał, że ma iść za nim. Szli przez wioskę, w której żyli jednak nie ludzie, lecz wilki. Wszystkie ogromnych rozmiarów. Wychodziły ze swoich domostw, które swoją drogą były bardzo osobliwe. Żyły na drzewach równie nienaturalnie wielkich co ich mieszkańcy. W domostwach wygryzionych w pniach paliły się ogniska co bardzo zdziwiło chłopca i już miał się zapytać jak je rozpalają jednak wilczek ugryzł go w palec. Doszli do największego drzewa jakie kiedykolwiek widział. W pniu były wielkie wrota. Tak gigantyczne, że mogło nimi wejść dziesięciu ludzi obok siebie. Gdy weszli do środka, chłopak westchnął ze zdumienia. Wewnątrz pień był całkowicie wydrążony w kształt kolosalnej sali. Na jej środku było wielkie ognisko w kształcie wilczego pyska. Naokoło niego było kilkanaście podestów obłożonych skórami zwierząt. Na nich siedziały wilki. Jeszcze większe niż te, które stały przy wejściu do wioski. Przed nimi stało największe podwyższenie na którym siedział dumnie największy wilk w tej sali. Jego futro lśniło perłowo białym blaskiem, a z oczu emanowała inteligencja i spokój. Spytał się chłopaka, który był lekko przerażony:
- Nie bój się Screamgour. Tutaj jesteś bezpieczny. Uratowałeś jednego z moich poddanych. Jesteśmy ci za to bardzo wdzięczni.
W tym momencie wszystkie wilki w sali łącznie z królem ukłoniły mu się z szacunkiem.
- Ale czym wy u licha jesteście! - spytał ze strachem w oczach zmieszanym z palącą ciekawością.
- Nie „czym”, lecz „kim” chłopcze. Jesteśmy plemieniem Alduinów. Zapomnianą rasą szlachetnych i przedwiecznych wilków.
- Toś mi pomógł. Nie zorientowałbym się za nic, że jesteście wilkami – powiedział z rosnącą irytacją i nutą sarkazmu w głosie.
- Jak śmiesz, szczeniaku! Gdyby ten młody wilk nie powiedział mi kim jesteś już byś nie żył. Ale prościej - jesteśmy Strażnikami Lasu. Żyliśmy w odległej Pradawnej Puszczy na południu. Czy to cię zadowala?
- Owszem. Ale powiedzcie mi kto zniszczył moje miasto i zabił rodzinę. I co u licha ten wilczek o mnie powiedział? - prawie wykrzyczał, i starł z oczu łzy, lecz po chwili się opanował.
- Dobrze... Twoje miasto zniszczyła helgiańska armia i to ona zabiła twoją rodzinę. Nie to jest jest jednak najważniejsze. Najważniejszym jest twoje przez....
- Jak śmiesz mówić, że śmierć moich rodziców jest mało ważna ty zawszony kundlu! - wykrzyczał na całe gardło pozbywając się rosnącej w nim irytacji. Jednak w tym momencie władca wilków zszedł z tronu i powoli do niego podszedł. Screamgour nie okazywał nawet cienia strachu. Wilk podszedł bliżej i wyszczerzył kły, z których spływała gęsta ślina.
- Nie obchodzi mnie twoja rodzina. Jesteś częścią przeznaczenia tego świata i musisz się z tym pogodzić.
Chłopiec chciał już coś powiedzieć, ale ktoś mu przeszkodził.
- Wystarczy Lunn – po sali echem odbił się donośny, szlachetny głos.
Wilk skulił łeb i powiedział:
- Czy to ten?
Odpowiedział mu ten sam donośny głos.
- Tak. To jest ten.
Drzwi od sali otworzyły się powoli, a między ich skrzydłami wszedł z podniesionym łbem wielki, wilk. Większy od wszystkich tu zebranych. Jego aksamitne, czarne futro błyszczało w świetle ognia. Podszedł do Screamgour'a, który teraz odwrócił się w stronę drzwi. Czarny wilk podszedł do niego z boku i obrócił łeb w jego stronę. Chłopak zrobił to samo. Czuł emanującą z wilka troskę i nadzieję.
- Pokaż nam swój brzuch, chłopcze
Nie wiedział jak na to zareagować. Na jego twarzy malowało się zdziwienie.
- Brzuch, chłopcze. Pokaż brzuch.
Lekko ociągając się podciągnął starą lnianą koszulę, odsłaniając umięśniony brzuch. Wilk zbliżył do niego pysk. Chłopiec odskoczył.
- Nie bój się. Nic ci nie zrobię.
Jakimś dziwnym sposobem te słowa wymazały z jego umysłu strach i zaprowadziły spokój. Stanął przed wilkiem w bezruchu, podczas gdy ten zbliżył ponownie pysk do brzucha i dotknął go nosem. Pod mostkiem poczęło pojawiać się pięć czarnych okręgów. Po chwili okręgi zmieniły się we wzór – kwadraty z wyciętymi na przemiennie górnymi i dolnymi ściankami. W centrum najmniejszego pierścienia malowało się idealnie kółko. Z niego odchodziły cztery linie z identycznym wzorkiem co na okręgach, idealnie pionowo jak i poziomo.
- Co to jest? To na moim brzuchu, nigdy tam tego nie było! Coś ty mi zrobił! - krzyknął w furii i strachu.
- A więc to ty... – powiedział w zamyśleniu Lunn
- Zawsze to miałeś, lecz było nie widoczne, aby cię chronić przed tymi, którzy chcieliby twojej śmierci. Tak jak wcześniej się dowiedziałeś, jesteś ważną częścią przeznaczenia tego świata.
- Ale czemu? Jak? Jak prosty chłopak może być częścią przeznaczenia świata? Kto powiedział, że to prawda?
- Ja. Ja przepowiedziałem, że się narodzisz i to ja nadałem ci siłę do kształtowania przeznaczenia. Gdybyś nie miał tej mocy, nie potrafiłbyś udźwignąć tego brzemienia.
- Ale o jakiej mocy mówisz?
- Dowiesz się w stosownym czasie. Sirmill, zaprowadź Screamgour'a do pokoju.
- Co? Skąd znasz moje imię?
- Dowiesz się w stosowanym czasie. Teraz idź spać.
Wyszli.

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~


    - Wstawaj już.
    Screamgour wstał powoli. Nie wyspał się. Cały czas śnił o umierających bliskich i palonym mieście, w którym się wychował. Do jego oczu znów napłynęły mu łzy. Smutek jednak zastąpiła chęć zemsty na tych, którzy pozbawili go najbliższych. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Przypominało to budę, było jednak znacznie większe, na podłodze malowały się słoje, którymi ojciec uczył go liczyć wiek drzew. Sufit znajdował się wysoko i był podobnie wykonany, z tą różnicą, że znajdował się w nim komin, przez który uchodził dym z ogniska rozpalonego na środku pomieszczenia. Wstał z kupy zwierzęcych futer pełniących rolę łóżka. Obok niego stał ten sam wilk, który go tu zaprowadził ostatniej nocy. Przypomniał sobie, że ma na imię Sirmill. Skłonił mu się na co wilk odpowiedział:
    - Nareszcie wstałeś. Blyth już cię oczekuje.
    Podszedł do niedużego stolika stojącego za nim. Leżało na nim upieczone mięso.
    - Zjedz. Musisz mieć siłę na trening – powiedział Sirmill.
    - Jaki trening?
    - Jak to jaki? Ach... przecież ty nic nie wiesz. Dobrze. Zjedz to i zaprowadzę, cię na plac.
    Screamgour nie zadawał już więcej pytań. Po zjedzeniu śniadania szukał wyjścia z pomieszczenia. Wilk widząc to podszedł do niewielkiego otworu, który chłopak wcześniej uznał za okno i wyczołgał się przezeń. Młodzian wyszedł w ślad za nim. Otwór był bardzo niski. Tak niski, że musiał się czołgać, ale na tyle szeroki, że zmieściłoby się tam co najmniej trzech Screamgour'ów. Gdy zszedł na dół po konarach i pniach na dole czekał na niego Sirmill.
    - Możesz tam dotrzeć szybko lub wolno. Jak wolisz? - spytał.
    - Szybko – odpowiedział bez zastanowienia.
    - Dobrze, ale to dla mnie dyshonor. Robię to tylko dlatego, bo Lunn tak rozkazał. Nigdy nie zgodziłbym się, by człowiek na mnie jeździł.
    - To możemy pójść pieszo – rzekł, nie chcąc za nic urazić wilka.
    - Nie, nie możemy tracić czasu. Wskakuj na mój grzbiet.
    Szczerze powiedziawszy nie wyglądało to zachęcająco. Grzbiet co prawda wydawał się stabilny, ale wizja jazdy na wilku była dlań nieco odstraszająca. Po chwili zastanowienia wskoczył na wilka.
    - Lepiej się czegoś trzymaj – powiedział, po czym ruszył pędem przed siebie.
    Jazda była dosyć wygodna, oprócz tego, że strasznie trzęsło. Sirmill skręcał z gracją i zręcznie wymijał przeszkody. Wtedy Screamgour zrozumiał o co mu chodziło z brakiem czasu. Wilk kilkoma susami pokonał dystans, którego przejście chłopakowi zajęłoby jakieś trzy minuty. Okazało się, że wilcza wioska nie jest wcale mała. Dotarcie do celu zajęło im około minuty. Na dużym, okrągłym placu, którego granice wyznaczały spore drewniane pnie wbite w ziemię stały dwa wilki. Jeden z nich był tym czarnym jak noc wilkiem, który opowiadał mu wczorajszym wieczorem o przeznaczeniu, którego jest częścią. Obok niego stał mały wilczek, ten sam, którego znalazł wtedy w gęstwinie.
    - Jestem Blyth – powiedział wielki, czarny wilk – Jego chyba już znasz – wskazał pyskiem na wilczka – Nazywa się Conchan.
    Mały wilczek podszedł do Screamgour'a. Blyth rzekł:
    - Jesteś tego pewien Conchanie?
    - Tak. To on jest moim wojownikiem.
    - Chwila o co chodzi? - spytał chłopak z irytacją.
    - Podnieś go chłopcze – odrzekł Blyth.
    Podniósł go jak mu kazał. Wtedy Wilczek złapał zębami koszulę chłopca i dotknął nosem środka pieczęci, która zajaśniała błękitnym blaskiem. Chłopca przeszedł zimny dreszcz i nagle poczuł coś jakby obcą świadomość w swojej głowie.
    - Więc się udało. Teraz nie ma już wyjścia – usłyszał w głowie znajomy głos. Głos Wilczka.
    - Co się stało! – krzyknął do Blytha..
    - Teraz jestem twoim Convictorem – powiedział.
    - Kim? - zdziwił się.
    - Towarzyszem – wytłumaczył Blyth. - Połączył się z tobą nicią energii. Powinieneś być dumny. Ten młody wilk to ostatni z rodu Conoringów. Najświetniejszego z wilczych rodów. To oni byli pierwszymi wilkami.
    - To dla mnie zaszczyt – powiedział. Nastała długa cisza. - Czego mam się tu uczyć? - zapytał.
    - Magii, oczywiście. Conchan powiedział, że wczoraj walcząc z żołnierzem który zabił jego matkę użyłeś rotacji powietrza.
    - To była rotacja czego?
    - Powietrza. Każdy mag potrafi zrobić kulę korzystając ze swojego żywiołu, ale tylko zaawansowany mag potrafi użyć rotacji. A ty użyłeś jej, nie ucząc się wcześniej jak ją wykonać.
    - Jeżeli się nie uczyłem to w jaki sposób...
    - Instynktownie, ale i wtedy każdy mag użył by kuli, a nie rotacji.
    - Więc jak to możliwe.
    - Powiedziałem każdy mag, nie pół wybraniec.
    - Pół co? - spytał zaskoczony
    - Wytłumaczę jeszcze raz. Jesteś pół wybrańcem. Użyłeś rotacji powietrza, twojego żywiołu wrodzonego, co jest oznaką gigantycznego potencjału, która w tobie drzemie.
    - Dobrze ale kim jest ten wybraniec.
    - Achh... ciągle pytania. Wybraniec to osoba obdarzona częścią boskiej mocy. Ciebie upatrzył sobie sam Stranis – bóg powietrza, a właściwie to ja mu w tym pomogłem.
    - Co? Jak... ty?
    - Tak, ja. Nie jestem wilkiem chłopcze. Niech moje ciało cię nie zwodzi. Jestem poprzednim Wybrańcem Ognia i to ja mam za zadanie cię uczyć magii.
    - Ale...
    - Nic nie mów – przerwał mu Blyth.- Wiele lat temu miałem wizję. Traktowała ona, że gdy na ziemi będą wybrańcy czterech najwyższych bogów jeden z nich - wybraniec ognia będzie na tyle potężny, by pokonać wszystkich wybrańców oraz bogów i samemu władać światem. To jest pierwsza część przepowiedni.
    - A jaka jest druga?
    - Druga mówi o tym, że najpotężniejszy wybraniec będzie miał wybór. Stać się dobrym i oszczędzić innych wybrańców oraz bogów, bądź złym i samemu zapanować nad światem niszcząc dotychczasowy ład i porządek. Mówi ona, także o osobie, która ma uchronić świat przed przemianą Wybrańca Ognia w złego boga.
    - I kto nim jest?
    - Ty.
    - Co? - rzucił krótko.
    - Powiedziałem ci. Nic nie mów. Wracając. Larkin uznał, że to ja jestem tym najpotężniejszym z wybrańców i zabił mnie. Przewidziałem to jednak i przed faktem podzieliłem duszę na dwie części, z których jedna została w moim ciele, a drugą zapieczętowałem w ciele tego wilka, oczywiście za jego zgodą. I teraz możesz zadawać pytania.
    Larkin - władca Helgianu?
    - Tak ten sam. To jego wojska zniszczyły twoje miasto.
    - Szukali mnie?
    - Tak, ale nie tylko.
    - Więc kogo jeszcze.
    - Ach... Wybrańca ognia. Ale teraz zadam ci pytanie. Czy chcesz uczyć się magii?
    - Tak. Chcę, ale kto jest tym wybrańcem?
    - Gdybym wiedział to już by tu był. Więc chcesz się uczyć magii?
    - Tak.
    Dobrze więc. Twoim wrodzonym żywiołem jest powietrze, więc to je powinniśmy ćwiczyć na początku. Spróbuj teraz utworzyć rotację powietrza.
    - Nie potrafię.
    - Dlatego się tego uczysz. Wycisz umysł i skup się na dłoni.
Screamgour wyciągnął rękę przed siebie i spojrzał na nią. Naprężył mięśnie, ale nic oprócz tego nie poczuł.
    - Nie wychodzi mi – powiedział ze zrezygnowaniem.
    - Poczekaj. Podciągnij koszulę.
    Tym razem uczynił to bez zawahania. Wilk podszedł doń i położył łapę na pieczęci. Powiedział coś pod nosem i na pieczęci zajaśniało wszystkie pięć pierścieni i kółko umiejscowione w środku. Jarzyły się fioletowym światłem, a ze środka pieczęci zaczęły wydobywać się cztery linie wijące się po skórze jak węże. Gdy wyszły poza ostatni pierścień zatrzymały się, cała pieczęć zgasła i z powrotem nabrała czarnej barwy.
    - Co zrobiłeś? – spytał z przerażeniem chłopak.
    - Ulepszyłem twoją pieczęć. Teraz spróbuj wykonać rotację. Skup się na dłoni i zacznij obracać energią powietrze.
    Scremmgeour czuł się jakoś inaczej. Czuł przepływającą przez jego ciało energię, wiedział jak ją wykorzystać i, że za jej pomocą może zmienić świat. Skupił ją w dłoni, a wtedy przez małe otworki z jego palców zaczęła wydobywać się niebieskawa energia. Pochłonęła go całkowicie i mimowolnie zaczął obracać nią dookoła. Sam się tym zdziwił, ale zdawało mu się, jakby odruchowo wiedział co ma robić. Ze wszystkich stron widział jak powietrze jest wsysane do wnętrza kuli. Zerwał się wicher. Liście krążyły dookoła, gałęzie drzew chyliły się w stronę chłopaka. Kula na jego ręce zaczęła połyskiwać błękitem. W końcu przybrała ona ostateczny wygląd. Była idealnie okrągła, jej powierzchnia była ciemno błękitna, a wewnątrz stawała się jaśniejsza, by w centrum stać się biała niczym śnieg.
    - Dobrze, chłopcze! – musiał krzyczeć by nie zostać zagłuszonym przez szum wiatru - Teraz uderz w tamto drzewo! – wskazał na spory dąb po swojej prawej stronie.
    Screamgour podbiegł do niego i uderzył z całej siły w pień. Nie poczuł bólu. Kula przebiła gruby pień jak masło. Drzewo przewróciło się od siły uderzenia.
    - Masz wrodzony talent, chłopcze. Bogowie mądrze cię wybrali – wyszeptał, po czym zakrzyknął: - Spróbujmy jeszcze raz!


~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~


   Screamgour siedział w wielkiej sali, w której miesiąc temu przyjął go Lunn - władca wilków, i w której dowiedział się jaką ma odegrać rolę w przyszłości świata. Obok niego siedział jego nauczyciel i Conchan, z którym połączył się nicią energetyczną. Wokół nich, na siedziskach wyłożonych skórami, siedziały inne wilki, a naprzeciw wielkich, misternie zdobionych drzwi siedział Lunn. Wodzowie żarliwie dyskutowali co zrobić w sprawie Larkina i jak odnaleźć Wybrańca Ognia.
- Lunnie, nie możemy siedzieć w tym lesie cały czas – powiedział z lekkim zdenerwowaniem Blyth. - Musimy włączyć się do walki.
- W otwartej walce nie mamy szans. Helgian ma ogromną przewagę liczebną – wyryczał szary wilk.
- Możemy przyłączyć się do Werglo. Przecież oni walczą z Helgianem już od dawna – rzekł spokojnie jeden ze starszych wilków.
- Tak, Werglo walczy już od kilku lat – dodał jakiś młodszy wilk.
- Werglo walczy tak jakby chciało, ale nie mogło. Od kilku lat nie było większej bitwy – skomentował wilk o brązowym futrze siedzący obok Screamgour'a.
- Tak? A ostatnia bitwa o Gród Malaika? To też nic? Zginęło ponad trzy tysiące Helgiańczyków.
- I prawie tylu samo wojowników Werglo – dodał Blyth smętnie.
- Przecież nie możemy wyjść z lasu i zaatakować Helgianu w walnej bitwie. Przegramy niechybnie – dalej ciągnął szary wilk.
- To może zaczniemy prowadzić wojnę partyzancką - zagaił Screamgour zrywając się z miejsca i próbując przekrzyczeć stado wilków.
Wszyscy ucichli. Nie wiedzieli co powiedzieć. Blyth, który podchwycił temat krzyknął:
- To jest dobry pomysł. Potrzebujemy ludzi do walki z Helgianem. Bo kto inny jak nie oni zrozumieją naturę wroga. Proponuję by założyć Ruch Oporu i by jego przywódcą był Screamgour! - ostatnie słowa wręcz wyryczał. Wszystkie wilki zaczęły wyć, niektóre skandowały imię Wilczego Wojownika – Screamgour'a.
- Niech tak się stanie! Załóżmy Ruch Oporu! - ogłosił Luun, który dotychczas siedział cicho na swoim tronie.
- Chwila, czemu mnie nikt nie zapyta o zdanie! Nie o to mi chodziło! Czemu nikt mnie nie słucha?! Bogowie, czemu się tak wkopałem!? - krzyczał Screamgour łamiącym się głosem.
I tak nikt go nie słuchał.

sobota, 8 lutego 2014

Prolog Edana

Prolog Edana

   U podnóża Gór Białych leżało małe miasteczko. Zwało się ono Taren. Żył tam pewien piętnastoletni chłopiec imieniem Edan - wysoki, zawsze uśmiechnięty blondyn. O nim i jego przygodach właśnie wam opowiem. Zacznijmy od tego, że chłopiec ten przyszedł na świat w dzień letniego przesilenia. Gdy jego matka dawała mu życie tuż nad jej głową rozpętywała się burza z potężnymi piorunami. Jedno z nich trafiło owego chłopca w głowę. Na szczęście przeżył, a do tego bardzo szybko się rozwijał, pochłaniał nową wiedzę i był silniejszy oraz szybszy niż jakikolwiek inny młodzian w jego wieku. Ale wróćmy do teraźniejszości. 
   Edan właśnie był na skraju lasu, gdy niebo zrobiło się szare od dymu, a powietrze przeszyły lamenty i krzyki. W jego nozdrza uderzył zapach spalenizny. Znajdował się w pobliżu wyjścia z lasu; właśnie wracał z polowania. Ruszył pędem w kierunku wioski, a krzyki stawały się coraz głośniejsze. Wypadł z lasu i pognał w stronę palącego się miasteczka przygotowując łuk do strzału. Dwieście łokci od najbliższego przeciwnika puścił cięciwę, a strzała trafiła cel prosto między oczy. Miał smykałkę do korzystania z tej broni. Rzucił się do trupa i zabrał jego miecz. Minął drewnianą chatę z dachem pokrytym czerwoną dachówką i wypadł na główną ulicę. Rozejrzał się. Na jej końcu ujrzał grupkę ludzi okrążonych przez kilkunastu żołnierzy, odzianych w skórzane zbroje i futra różnorakich zwierząt, celujących prosto w przerażonych mieszkańców. Zobaczył matki tulące dzieci i mężów zasłaniających rodziny własnymi ciałami. Brzęk wielu cięciw dotarł do jego uszu i zobaczył padających przyjaciół, znajomych i rodzinę... oraz swoją ukochaną. Zatrzymał się nie mogąc zrobić kolejnego kroku. Był w szoku. Nie czuł niczego, ale po chwili jego umysł przejaśnił się. Jego ciało wypełniła żądza mordu i nienawiści, a ciało paliło żywym ogniem. Nie myślał o niczym innym jak o zemście. Ruszył pędem z mieczem w dłoni i bojowym okrzykiem, ale zatrzymał się po chwili. Drogę zagrodzili mu dwaj mężczyźni. Byli ubrani w długie, powłóczyste, czarne szaty, a ich twarze malował obraz rozbawienia. Po chwili w ich oczach pojawił się strach. Edan uniósł miecz i zobaczył, że jego ręce płoną. Jego ciało płonęło! Jednak nie czuł bólu, a wręcz przeciwnie. Jego ciało wypełniała nieludzka siła. Miecz stopił mu się w dłoniach. Dwaj mężczyźni rzucili się do ucieczki. Chłopak chcąc złapać ich wyciągnął rękę, która, ku jego zaskoczeniu, wydłużyła się, trafiając w jeden ze sklepów tuż obok nich wysadzając go w powietrze. Nie była to jednak normalna ręka. Było to długie, wijące się ramię, stworzone z jakiejś nieznanej, szkarłatnej substancji, przypominającej wyglądem bardzo gęsty żel. Siła wybuchu cisnęła dwoma mężczyznami o ziemię, dając Edanowi czas na dobiegnięcie do nich. Przeciwnicy zaczęli się podnosić. Nie chcąc pozwolić im zbiec, spróbował zgiąć rękę w pięść, jednak coś zatrzymało jego palce. Coś jakby bardzo lekka, choć twarda jak kamień kula. Nie zważając na to zamachnął się, uderzając najbliższego wroga w twarz. Wtedy zorientował się, że na jego ręce rzeczywiście była kula, choć nie taka jak sobie wyobrażał. Była to kula cała stworzona z płomieni, które okalały ją połyskując krwawą czerwienią. Uderzenie było tak silne, że wbiło mężczyznę w ziemię. Jego twarz była cała we krwi, która ulatywała ze zmiażdżonego nosa i ran, na których tańczyły jeszcze drobne ogniki. W tym czasie drugi z nieznajomych cisnął w rozkojarzonego chłopaka kulą uformowaną z wody. Ugodziła w twarz, lecz momentalnie wyparowała. 
  Blondyn wstał powoli, a białka jego oczu przybrały kolor czerni, ze złotymi źrenicami przypominającymi kocie. Nie były to już oczy człowieka, a zwierzęcia, które do tej pory leżało uśpione w jego ciele. W głowie chłopca cały czas panoszyły się słowa „Oddaj mi swe ciało, a wypełnię je mocą tak wielką, że nikt i nic się jej nie przeciwstawi”. Widział świat oczami, które nie należały już do niego jego ciało wypełniała straszliwa energia, a kończyny nie słuchały jego woli. Mógł tylko patrzeć jak jego ciało dokonuje straszliwych czynów. Gołymi rękami rozdzierał ciała tych, którzy zniszczyli jego wioskę. Czuł jak energia zaczyna rozrywać jego ciało. Mięśnie paliły żywym ogniem, a serce waliło jak młotem. Wszyscy przeciwnicy leżeli rozczłonkowani na ziemi, a jednak on nadal niszczył to co zostało z jego wioski. Nagle zatrzymał się. Coś przykuło jego uwagę. Wyciągnął szyję, a jego nozdrza szybko wciągały powietrze. Na niewielkim pagórku, pokrytym jedynie krótką, zieloną trawą, stał człowiek, którego twarzy nie mógł zauważyć z tej odległości. Chłopak rzucił się w jego kierunku. Nieznajomy wykonał jakieś ruchy rękoma i w jego dłoniach pojawiła się żółta kula, która pomknęła w kierunku blondyna i trafiła w głowę. Uderzenie pozbawiło go świadomości, lecz tuż przed zapadnięciem w ciemność usłyszał wewnątrz umysłu przeraźliwy choć majestatyczny lament. Był to lament pełen bólu i nienawiści. Lament więźnia, który nie może uciec ze swojego więzienia.

~*~*~*~*~*~*~*~*~

    - Chłopcze co ty ze sobą zrobiłeś?
    Nad bezwładnym, w tym momencie, ciałem Edana klęczał rosły mężczyzna liczący sobie około czterdziestu lat, o długich, srebrzystych włosach sięgających ramion i takiej też brodzie. Patrzył na chłopca, który cały okolony był czerwonym ogniem. Dodatkowo, jego kończyny były pokryte cienką, przezroczystą błoną, pod którą pływał gęsty, szkarłatny płyn.
    - Trzeba cię stąd zabrać – powiedział z troską w głosie.
    Wziął go na ręce i przeniósł na miękką trawę. Podciągnął mu koszulę i zobaczył czarne wzorki w kształcie płomyków układające się w okręgi. W samym środku zaś było duże, czarne kółko. Była to pieczęć symbolizująca człowieka, którego mocą obdarzył sam bóg wybierając go na swego ziemskiego wysłannika - Pieczęć Wybrańca. Starzec dotknął opuszkami palców na, których jarzyła się żółta energia największego okręgu pieczęci i przekręcił go. Pieczęć zajaśniała, a po chwili przygasła i zniknęła. Podobnie stało się płomieniami, a oczy przybrały normalnej błękitnej barwy. Teraz mężczyzna podniósł swoją koszulę, a pod nią chował identyczną pieczęć, różniącą się tylko wzorkami i wykonał tą samą czynność. Obok niego pojawił się znikąd wielki, połyskujący złotą poświatą orzeł. Posadził na jego grzbiecie chłopaka, po czym sam się na niego wspiął. Wydawało się, że przez chwilę rozmawiał ze zwierzęciem. Orzeł machnął potężnymi skrzydłami i odleciał w stronę odległych Gór Wysokich.
    - Nie bój się chłopcze. Nie pozwolę by to się powtórzyło. Oby ofiara Soranta i Karen nie poszła na marne. To wszystko moja wina – ostatnie słowa wyszeptał sam do siebie, a jego głos przepełniał żal – Nauczę cię nad tym panować choćby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobię w życiu.
    A miało to zająć długi czas, aż do momentu, w którym Edan sam odejdzie.

niedziela, 16 czerwca 2013

Prolog Screamgour'a

Prolog Screamgour’ a 
  Ta historia zaczyna się w deszczowy, ponury, wiosenny dzień. Ponury szczególnie, bo właśnie teraz w Werglo odbywały się obrady w sprawie wojny z Helgianem. Niewielu ludzi pamiętało jeszcze I Wielką Wojnę Sojuszu i niewielu chciało ją pamiętać. Wszyscy chcieli pokoju. Wiedzieli czym grozi walka z Helgianem. Dawniej wielkie, wspaniałe, bogate Cesarstwo Werglo sięgało od Gór Srebrnych po Zatokę Łososi, od Zatoki Mgieł po Góry Wysokie. Jego armia była najpotężniejsza ze wszystkich istniejących na świecie. Zakon magów czuwał nad pokojem, a targi zasypywane były towarami krasnoludzkimi, ludzkimi i elfickimi. Jednak wszystko ma swój koniec. Ta sielanka też nie trwała wiecznie. Pewien człowiek będący magiem uznał, że nie dostrzega się jego talentów. Był w wielkim błędzie, bo dostrzegał je każdy mag, łącznie z przywódcą Zakonu – Raghnall’ em. Raghnall był Wybrańcem - osobą, którą bóg obdarzył częścią swojej mocy. Wybrał go sam Lithius – bóg światła i stworzenia. Jego brat Gizus, z kolei upodobał sobie zwyrodnialca. Zarozumiałego chłopca, którego imię brzmiało Larkin. Był to ten sam chłopak, o którym wspomniałem wcześniej. Zdradził on Zakon i razem z kilkoma innymi sobie podobnymi założył Helgian. Miejsce w, którym żaden z was nie chciałby się znaleźć. Jednak nasz bohater jest daleko stamtąd. Nie wiedział co go czeka, ale nie miało to być nic przyjemnego. Mieszka on w mieście nad Fures. Rzece, która daje życie całej populacji Kontynentu. Ale wracając. Jego ojcem był kupiec. Co rano wychodził na rynek i wracał dopiero późnym popołudniem. Screamgour (bo tak ma na imię nasz bohater) nie mając co robić często włóczył się po mieście, lecz tym razem postanowił zrobić coś innego. Coś co zmieniło jego życie na zawsze. Wyszedł przez główną bramę miasta i ruszył w stronę lasu. Nie wiedział czemu tam poszedł. Po prostu to zrobił. Ocknął się z amoku dopiero głęboko w lesie Usłyszał coś jakby łamaną gałązkę. Podszedł  powoli to sprawdzić i wyjrzał zza drzewa.
- IAUUU!!! - ryknął boleśnie.
Poczuł przeszywający ból w ramieniu. Złapał się za nie i poczuł strzałę wystającą z jego barku. Spojrzał się za siebie i zobaczył kilku ludzi szyjących doń z łuku. Był przerażony. Zaczął uciekać. Strzały pruły liście i utykały w pniach. Biegł tak przez kilka minut. Przestał dopiero, gdy nie słyszał już strzał ani kroków. Piekły go płuca i zaschło mu w gardle. Rozejrzał się wokoło.
- Chyba nigdy się stąd nie wydostanę. Zgubiłem się - mruknął przygnębiony.
Z tym problemem poradził sobie szybko. Na starych mapach ojca widział, że miasto leży na południowy  zachód od lasu. Wiedział też, że mech rośnie po północnej stronie drzew. Podbiegł do drzewa i zobaczył. Z każdej strony mech.  Przy drugim podobnie, trzecim, czwartym, piątym również. Mech rośnie w każdą stronę – pomyślał. Usiadł zrezygnowany na przewróconym pniu. Bał się. Nagle usłyszał szelest. Spojrzał za siebie i z krzaków wyskoczył na niego rosły mężczyzna z nożem w ręce. Upadł na chłopaka i przycisnął żebra kolanami. Spróbował wbić nóż w serce. Chłopak chwycił go odruchowo za rękę. Bał się, a krew w nim buzowała. Siłował się z mężczyzną, pot skropił mu czoło. W krzakach zobaczył jakiś ruch. Niespodziewanie na przeciwnika wyskoczył wilk. Wbił swoje zęby i szpony w jego ramię. Screamgour przeczołgał się kawałek dalej i wyjął strzałę z ramienia. Poczuł przenikliwy, kłujący ból. Znacznie gorszy niż ten, gdy strzała go przeszywała. W końcu wyjął ją. Była cała zakrwawiona, a ubranie w okolicy rany zabarwiało się na szkarłatny kolor. Mężczyzna uporał się z wilkiem i wbił mu nóż w kark. Teraz zbliżał się do Screamgour’a. Ten bardzo się bał, ale adrenalina sprawiła, że przestał czuć ból. Zobaczył hełm człowieka, który chciał go zabić. Był na nim znak Helgianu -biała błyskawica spowita w ciemne chmury. Zrozumiał, że jeżeli jest tu żołnierz Helgianu to musi być tu też bitwa. Jego miasto było w niebezpieczeństwie. Fala wściekłości i nienawiści zalała go od stóp do czubka głowy. Żołnierz spojrzał na rękę ofiary z przerażeniem. Screamgour nie wiedział o co chodzi i również na nią spojrzał. Błyszczała na niej kula wielkości dłoni. Była cała niebieska, rozjaśniająca się do wewnątrz.. Po chwili zobaczył też, że cała kula wiruje. Nie tracąc czasu ruszył na przeciwnika i uderzył go kulą w brzuch z całych sił. Uderzenie było tak potężne, że niedoszły zabójca odleciał kilkanaście metrów dalej i uderzył w pień drzewa, łamiąc je z trzaskiem. Chłopiec położył się na ziemi bez ruchu, zmęczony i pozbawiony sił. Leżał tak przez dłuższy czas, gdy usłyszał ciche piski dobiegające z jego prawej strony. Powoli wstał i podszedł tam. Odsunął gałęzie i zobaczył coś co zmieniło jego życie na zawsze. Między drobnymi krzewinkami leżało małe wilczątko.
- Ta wilczyca, która zginęła to pewnie jego matka – pomyślał. Wziął go delikatnie na ręce i zaniósł na polankę.
- Możesz mnie już położyć – usłyszał głos wewnątrz swojej głowy.
- Co do…
- Jeszcze się nie zorientowałeś? – ponownie powiedział głos wewnątrz jego czaszki.
- Kim jesteś? Jeszcze jednym żołnierzem? Wyjdź z ukrycia tchórzu!
Jestem na twoich rękach – powiedział ze zrezygnowaniem głos.
- Co?! Tam jest tylko mały wilczek – odrzekł zdecydowanie zirytowany, ale zaraz później dodał – Wyjdź z ukrycia!
- JA JESTEM TYM WILCZKIEM! – tym razem głos dudnił mu pod czaszką, jakby ktoś zadął w róg wprost do jego ucha.
- Niemożliwe.
- A jednak.
- Na Lithiusa, zwariowałem– wyrzucił zrezygnowany Scrymgeour.
- Posłuchaj mnie. Pomogę ci, ale pod jednym warunkiem.
- Czekaj – przerwał mu chłopak – to ja cię stąd zabiorę pod jednym warunkiem.
- Mów.
- Zaprowadź mnie do miasta.
- Do Maradian? Nie radzę.
- Posłuchaj... wilczku – w tej chwili złapał go za kark i rzekł – teraz ja jestem panem sytuacji i ty masz mnie słuchać!
- Dobrze – ugryzł chłopaka w rękę.
- IAUUUUUU! Prawie odgryzłeś mi palec – wystękał przez zęby, a później dodał. – Bogowie, czy ja rozmawiam z wilkiem?!
- Przestań stękać. Zaprowadzę cię do Maradian, ale przyrzeknij, że nie zrobisz niczego na co nie pozwolę.
- Dobrze. Przyrzekam.
- Więc chodźmy. Będę cię prowadził.
I ruszyli razem przez gęsty las. Okazało się, że chłopak nie odszedł tak daleko od miasta. Do pięciu minutach marszu las robił się rzadszy i dało się słyszeć wesołe okrzyki. Jednak im bliżej miasta byli, tym bardziej krzyki radości przypominały lamenty bólu i strachu. W końcu zobaczyli miasto i ukryli się wśród drzew. Screamgour, aż westchnął ze strachu. Miasto stało w płomieniach. Przed bramą stali żołnierze Helgianu, a obok nich wielkie pale na, które nabici byli ludzie. Mury były całkowicie zdewastowane. Kto mógł, uciekał z miasta, ale niedaleko bo zaraz byli zabijani przez helgiańskich łuczników urządzających sobie zabawę w strzelanie do „kaczek”.
- Właśnie o tym mówiłem – powiedział wilczek, który jak dotąd siedział cicho pod kaftanem chłopaka.
- Tak są moi rodzice! – krzyknął.
- Siedź cicho bo nas usłyszą! – rzucił. - Zaprowadzę cię do bezpiecznego miejsca. A teraz wstawaj i idź, a ja cię poprowadzę.
I ruszyli z powrotem w gęsty las pochłonięty nocą. Krzyki zabijanych ludzi powoli cichły, a łkanie Screamgour’a stało się coraz głośniejsze. Wiedział, że stracił wszystko. Rodziców, przyjaciół, dom, pamiątki, rodzinę. Teraz zaczęła się jego prawdziwa przygoda. Przygoda w świecie magii i zła. Magicznych stworów i konfliktów ludzi. A Screamgour miał trafić w sam środek konfliktu i odegrać w nim ogromną rolę. Ale na razie o tym nie wiedział.