wtorek, 18 lutego 2014

Rozdział II

Rozdział II
W niewoli


   Edan przedzierał się gęstwinę w ich miejsce. Jego i Isleeny. Właśnie wyszedł na polanę i zobaczył ją, stojącą w blasku księżyca. Jej długie różowe włosy rozwiewał wiatr. Pomachała mu i uśmiechnęła się; odpowiedział tym samym. Nagle z lasu za jej plecami wyskoczyli dwaj zbrojni odziani w zbroje, przykryte czarnymi tunikami z wyhaftowaną białą błyskawicą. Chciał krzyknąć, żeby uciekła, ale nie mógł wydobyć najcichszego dźwięku. Pragnął pobiec w jej stronę, lecz ciało odmawiało wykonania rozkazu. Żołnierze byli coraz bliżej, gdy odwróciła głowę w ich stronę, było już za późno. Srebrny miecz opadł odcinając ramię i ukazując rzekę krwi. Żołnierze pomknęli ku niemu z klingami połyskującymi krwią Isleeny. Nagle w jego głowie odezwał się znajomy głos. Oddaj mi swe ciało, a wypełnię je mocą tak wielką, że nikt i nic się jej nie przeciwstawi – powiedział głos. Przeciwnicy byli coraz bliżej… i bliżej… i bliżej... zbyt blisko. ODDAJ MI JE!!!
- Aaaaaaa!!!
  Edan zerwał się z krzykiem. Do jego spoconego ciała lepiła się kołdra, a serce waliło jak młotem. Uspokoiwszy się, rozejrzał się po pomieszczeniu. Była to niewielka kamienna komnata z dużym łóżkiem, kamiennym biurkiem i wyrzeźbionym w skale oknem. Naprzeciwko niego stały misternie zdobione drzwi. Chłopak wstał z łóżka i założył na siebie leżące na biurku białą tunikę, czarne nogawice. Zostawił granatową, skórzaną kurtkę do połowy ud i wzuł jeszcze buty do połowy łydek, wykonane z białej skóry. Tak odziany chciał już wyjść, gdy usłyszał za sobą głos.
- W końcu się obudziłeś. Witam cię w moim dworze, Edanie. 
Obrócił się na pięcie, przestraszony. Stał przed nim wysoki mężczyzna, liczący sobie około czterdziestu lat. Jego szare, mętne oczy wpatrywały się w Edana z zainteresowaniem. Na głowie sterczały rozczochrane, krótkie włosy, gdzieniegdzie posiwiałe. Spód pociągłej twarzy wieńczyła krótka kozia bródka.
- Skąd znasz moje imię? - spytał nieufnie.
- Jak twój ojciec chrzestny może nie znać twojego imienia? - uśmiechnął się.
- Jesteś moim ojcem chrzestnym? - spytał zszokowany – Nie może być. Przecież on zaginął wiele lat temu.
- Jak widać, nie – znów się uśmiechnął.
  Edan zastanowił się nad tym. Swoją drogą, nieznajomy wydawał się bardzo miły i godny zaufania. Czemu więc nie spróbować. Prawdopodobnie i tak się stąd nie wydostanie. Był chyba w jakimś lochu. W jego głowie kłębiły się setki pytań.
- Skąd ja się tu wziąłem? Jak się nazywasz? Co się stało z moją wioską? Co z moją rodziną? I jakim cudem... - miotał słowami na prawo i lewo, jak karabin maszynowy.
- Spokojnie, spokojnie. Nie tak szybko. Odpowiem teraz na pytania. Nazywam się Artair. Ja cię tu sprowadziłem. Twoja wioska i wszyscy jej mieszkańcy nie istnieją...
- Jak... Kto... Czemu... - do jego oczu zaczęły napływać łzy.
- Larkin chciał cię zabić. Szczęście, że byłem w pobliżu, żeby zobaczyć co się dzieje w tej wiosce.
- Ale czemu król chciałby mnie zabić? - spytał łkając po stracie wszystkiego co miał.
- Nie jesteś zwykłym chłopcem. Zawsze odznaczałeś się niezwykłymi zdolnościami, prawda?
- Na przykład jakimi? - spytał tamując łzy.
- Zawsze byłeś silniejszy, szybszy, zwinniejszy i mądrzejszy niż inni.– mówił ciągle zbliżając się do niego, aż w końcu podniósł jego koszulę, ukazując pieczęć - To wszystko za sprawą tego.
- Co to jest? Co mi zrobiłeś!?
- Ja nic. To Pyros – bóg ognia. Jesteś jego wybrańcem.
- Kim jestem? - zdziwił się. W jego oczach nadal stały łzy.
- Nie płacz jak baba. Bądź mężczyzną! – rzucił oschle, zirytowany mężczyzna.
- Dobrze – powiedział Edan. Wytarł łzy i uspokoił się. Artair może i był dla niego szorstki, ale potrafił pomóc mu zatrzymać potok łez i zażegnać smutek.
- Jesteś Wybrańcem Ognia, chłopcze. Jesteś tym, który może zgładzić zdrajcę Larkina i ustanowić pokój w tej krainie.
- Przecież nie jestem nikim, kto mógłby podołać takiemu brzemieniu.
- Nie słuchasz mnie. Jesteś Wybrańcem Ognia! Masz moc o jakiej słyszałeś tylko w legendach.
- A kim są ci wybrańcy? - zaciekawił się. Powoli smutek był zastępowany przez chęć zemsty na Larkinie i jego ludziach.
- Jesteśmy pół bogami. Dostaliśmy część boskiej mocy, a ty masz jej najwięcej ze wszystkich.
- My?
- Ja też jestem wybrańcem. Wybrańcem Powietrza.
- Jesteś szurnięty. Jak mam się stąd wyjść?
- Musiałbyś mieć skrzydła, a nie wydaje mi się żebyś miał. A może się mylę?
- Skrzydła!? - wykrzyknął z niedowierzaniem i szeroko otwartymi niebieskimi oczami.- To gdzie ja jestem?
- W środku góry, a jedyne wyjście znajduje się na jej szczycie.
- Więc jak się tu dostaliśmy?
- Przylecieliśmy, z jego pomocą – wskazał ręką w kierunku otwartych wrót, za którymi pojawił się gigantyczny orli łeb.
- Bogowie! Co to jest?!
- „Kto”, pisklaku. „Kto – powiedział doń melodyjnie i łagodnie orzeł.
- O bogowie! Jestem tu z ześwirowanym staruchem i gadającym orłem! - wykrzyczał mocno skołowany Edan.
- Może to nauczy cię pokory i szacunku do swoich nauczycieli – wyciągnął rękę w stronę dzbanka z wodą, stojącego na stoliku, z którego wyleciał strumień wody. Przybrała ona jednak delikatnie żółtą barwę. Po chwili uformowała się z niej lina i spętała Edana, który jak kłoda runął na ziemię.
- Coś ty mi zrobił świrze?! Pewnie mnie tu teraz niecnie wykorzystacie! - ryknął Edan z ziemi.
- Ale się trzepie. Jak młody zając – skomentował orzeł.
- Jest jeszcze młody Shea, nauczy się.
Chłopak cały czas miotał się po ziemi próbując zerwać więzy i krzyczał.
- Uwolnijcie mnie! Nie będziecie mnie tu więzić!
- Przestań się tak drzeć! Uwolniłbym cię już dawno gdybyś się uspokoił!
Edan zrezygnowany przestał się miotać i położył się bez ruchu oświadczając:
- Nie ruszę się stąd na krok póki mnie nie uwolnisz!
- Chyba się nie nauczy Artairze – rzekł Shea.
- Też w to wątpię, ale nie traćmy jeszcze nadziei.
- Może to nie ten? - powiedział pytająco orzeł.
- Przecież sam widziałeś, co zrobił w Tarenie.
- Owszem. Może to i on, ale niech nie liczy na mnie gdy coś mu się stanie. Jest zbyt głupi.
 - Nie jestem wcale głupi! I co takiego zrobiłem? Tak w ogóle to może zaczęlibyście mówić do mnie, a nie traktować mnie jak powietrze!
- Zaraz sam użyje na tobie powietrza, chłopcze – powiedział przez zęby Artair i uformował na dłoni dziwną, żółtą kulę kręcącą się w środku.
- Dobrze, dobrze, już nic nie mówię.
- No nareszcie.
- A teraz przejdźmy do rzeczy. - powiedział, a więzy trzymające Edana zniknęły. - pamiętasz atak na twoją wioskę?
- Tak, właśnie wracałem z polowania, gdy zobaczyłem że miasto się pali. Pobiegłem w jego stronę. Gdy znalazłem się na głównej ulicy zobaczyłem pozostałych przy życiu wieśniaków, ja... nie zdążyłem ich uratować, byłem za daleko. Zginęli wszyscy, na moich oczach, wszyscy – znów do oczu napłynęły mu łzy.
- Pamiętasz coś jeszcze?
- Tylko twarze rodziców i Isleeny. Pamiętam głos w mojej głowie...
- Jaki głos?
- Wiem tylko, że to nie był ludzki głos. Był władczy i majestatyczny. Pełen dumy i pewności siebie.
- Więc to jednak on... – na twarzy mężczyzny pojawiło się zamyślenie i błogi spokój.
- Orzeł spojrzał na niego pytająco, a Artair odpowiedział mu:
- To musiał być twój daleki kuzyn, Sheo.
- On? Niemożliwe, żeby miał w sobie tak potężne zwierzę. Chociaż jeżeli to ten z przepowiedni to... to na pewno mógłby być on – powiedział orzeł i po chwili, także się zamyślił.
- O co znowu chodzi! - wykrzyknął Edan.
Artair już wyciągnął rękę, ale po chwili cofnął ją i rzekł:
- Chodź za mną. 
  Wyrwał się z zamyślenia i ruszył w stronę odrzwi. Chłopak pozbawiony wyboru podążył za nim. Za drzwiami zobaczył gigantycznego orła. Jego oko, było wielkości pięści chłopca. Potężne skrzydła złożone były na jego masywnych bokach. Szpony przy każdym kontakcie z posadzką wydawały dźwięk pocierania metalem o metal. Ogon długi na pięć łokci włóczył się po ziemi. Złociste pióra błyszczały w świetle pochodni, którymi oświetlona była sporych rozmiarów, okrągła sala. Gdy chłopak spojrzał w górę zobaczył, że sala miast sufitu ma monumentalny otwór przez, które widać było nocne niebo rozjarzone gwiazdami. W ścianach sali znajdowały się identyczne drzwi jak od pokoju w, którym obudził się Edan. Skierowali się w stronę jednych z nich znajdujących się po prawej, nieco większych od pozostałych. Weszli do pomieszczenia, które okazało się wielką biblioteką. Na środku pomieszczenia znajdował się wielki pentagram, dookoła niego ustawione były w okręgu regały z książkami. Na suficie nad pentagramem namalowane były twarze wszystkich bogów wraz z poświęconymi im zwierzętami. 
- Stań w centrum pentagramu.
Edan posłusznie wykonał polecenie, gdyż wiedział że opór jak na razie nie ma najmniejszego sensu.
- Ale co z tym głosem?
- Każdy wybraniec – czyli osoba, która została obdarzona połową boskiej mocy, ma zapieczętowane wewnątrz siebie zwierzę poświęcone danemu bogu. Przed wydostaniem się go chroni cię pieczęć – taka jak na twoim brzuchu.
- Ale jaka pie...
- Nawet nie pytaj!
- Dobrze już poważnieje – momentalnie zmienił się wyraz jego twarzy. Z roześmiania i głupkowatości w skupienie i ciekawość.
- Wracając. Pieczęć ma sześć poziomów. Odblokowanie pierwszego pozwala na czerpanie niewielkiej energii z zapieczętowanego zwierzęcia. Odblokowanie drugiego pozwala słyszeć jego myśli i zwiększa przepływ energii. Trzeci pozwala na bezpośredni myślowy kontakt, zwiększa przepływ energii i widocznie zmienia twoje ciało, lecz w niewielkim stopniu, oraz umożliwia przyzwanie widmowej postaci zwierzęcia . Czwarty...
- Jak to zmienia ciało?
- Zaraz do tego dojdę. Czwarty stopień pozwala na wykształcenie się widmowych części ciała zwierzęcia i daje jeszcze większą energię. Piąty pozwala przybrać humanoidalną formę zwierzęcia i umożliwia przepływ energii do maksimum.
- A co z szóstym?
- Dowiesz się gdy będziesz gotowy. A teraz rozpocznijmy szkolenie. Twoim żywiołem jest ogień, więc zacznijmy od kuli ognia. Popatrz na mnie – powiedział znacząco Artair.
Złapał się za przegub i nagle na powierzchni dłoni zajaśniał niewielki płomień, który w niesamowity sposób zaczął rosnąć i po jakichś dwóch sekundach uformował kulę z ognia. Miała ona jednak żółty kolor. Emanowały z niej złociste płomienie.
- Teraz twoja kolej, chłopcze. Możesz złapać się za przegub jeśli tak jest ci łatwiej. Ten pentagram znacznie ułatwi ci kontrolę i zrozumienie tej techniki. Teraz skup się na dłoni i wyobraź sobie na niej kulę ognia. Spróbuj skupić tam energię. Będziemy próbować, aż ci się nie uda, lub padniesz ze zmęczenia.
  Edan złapał się za przegub i wykonał polecenia Artaira. Na dłoni pojawił się drobny, czerwony płomyk, ale nic więcej.
 - To dobry początek. Spróbuj jeszcze raz, mój uczniu.
- Tak jest, mistrzu – powiedział z szacunkiem po raz pierwszy. Pragnienie zemsty wzbierało w nim z każdą sekundą. Chciał zabić Larkina za to co mu zrobił. I dzięki magii, mógł tego dokonać. Musiał tego dokonać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz