Rozdział II
W niewoli
Edan
przedzierał się gęstwinę w ich miejsce. Jego i Isleeny. Właśnie
wyszedł na polanę i zobaczył ją, stojącą w blasku księżyca.
Jej długie różowe włosy rozwiewał wiatr. Pomachała mu i
uśmiechnęła się; odpowiedział tym samym. Nagle z lasu za jej
plecami wyskoczyli dwaj zbrojni odziani w zbroje, przykryte czarnymi
tunikami z wyhaftowaną białą błyskawicą. Chciał krzyknąć,
żeby uciekła, ale nie mógł wydobyć najcichszego dźwięku.
Pragnął pobiec w jej stronę, lecz ciało odmawiało wykonania
rozkazu. Żołnierze byli coraz bliżej, gdy odwróciła głowę w
ich stronę, było już za późno. Srebrny miecz opadł odcinając
ramię i ukazując rzekę krwi. Żołnierze pomknęli ku niemu z
klingami połyskującymi krwią Isleeny. Nagle w jego głowie odezwał
się znajomy głos. Oddaj mi swe ciało, a
wypełnię je mocą tak wielką, że nikt i nic się jej nie
przeciwstawi – powiedział głos.
Przeciwnicy byli coraz bliżej… i bliżej… i bliżej... zbyt
blisko. ODDAJ MI JE!!!
-
Aaaaaaa!!!
Edan
zerwał się z krzykiem. Do jego spoconego ciała lepiła się
kołdra, a serce waliło jak młotem. Uspokoiwszy się, rozejrzał
się po pomieszczeniu. Była to niewielka kamienna komnata z dużym
łóżkiem, kamiennym biurkiem i wyrzeźbionym w skale oknem.
Naprzeciwko niego stały misternie zdobione drzwi. Chłopak wstał z
łóżka i założył na siebie leżące na biurku białą tunikę,
czarne nogawice. Zostawił granatową, skórzaną kurtkę do połowy
ud i wzuł jeszcze buty do połowy łydek, wykonane z białej
skóry. Tak odziany chciał już wyjść, gdy usłyszał za sobą
głos.
-
W końcu się obudziłeś. Witam cię w moim dworze, Edanie.
Obrócił
się na pięcie, przestraszony. Stał przed nim wysoki mężczyzna,
liczący sobie około czterdziestu lat. Jego szare, mętne oczy
wpatrywały się w Edana z zainteresowaniem. Na głowie sterczały
rozczochrane, krótkie włosy, gdzieniegdzie posiwiałe. Spód
pociągłej twarzy wieńczyła krótka kozia bródka.
-
Skąd znasz moje imię? - spytał nieufnie.
-
Jak twój ojciec chrzestny może nie znać twojego imienia? -
uśmiechnął się.
-
Jesteś moim ojcem chrzestnym? - spytał zszokowany – Nie może
być. Przecież on zaginął wiele lat temu.
-
Jak widać, nie – znów się uśmiechnął.
Edan
zastanowił się nad tym. Swoją drogą, nieznajomy wydawał się
bardzo miły i godny zaufania. Czemu więc nie spróbować.
Prawdopodobnie i tak się stąd nie wydostanie. Był chyba w jakimś
lochu. W jego głowie kłębiły się setki pytań.
-
Skąd ja się tu wziąłem? Jak się nazywasz? Co się stało z
moją wioską? Co z moją rodziną? I jakim cudem... - miotał
słowami na prawo i lewo, jak karabin maszynowy.
-
Spokojnie, spokojnie. Nie tak szybko. Odpowiem teraz na pytania.
Nazywam się Artair. Ja cię tu sprowadziłem. Twoja wioska i
wszyscy jej mieszkańcy nie istnieją...
-
Jak... Kto... Czemu... - do jego oczu zaczęły napływać łzy.
-
Larkin chciał cię zabić. Szczęście, że byłem w pobliżu,
żeby zobaczyć co się dzieje w tej wiosce.
-
Ale czemu król chciałby mnie zabić? - spytał łkając po stracie
wszystkiego co miał.
-
Nie jesteś zwykłym chłopcem. Zawsze odznaczałeś się
niezwykłymi zdolnościami, prawda?
-
Na przykład jakimi? - spytał tamując łzy.
-
Zawsze byłeś silniejszy, szybszy, zwinniejszy i mądrzejszy niż
inni.– mówił ciągle zbliżając się do niego, aż w końcu
podniósł jego koszulę, ukazując pieczęć - To wszystko za
sprawą tego.
-
Co to jest? Co mi zrobiłeś!?
-
Ja nic. To Pyros – bóg ognia. Jesteś jego wybrańcem.
-
Kim jestem? - zdziwił się. W jego oczach nadal stały łzy.
-
Nie płacz jak baba. Bądź mężczyzną! – rzucił oschle,
zirytowany mężczyzna.
-
Dobrze – powiedział Edan. Wytarł łzy i uspokoił się. Artair
może i był dla niego szorstki, ale potrafił pomóc mu zatrzymać
potok łez i zażegnać smutek.
-
Jesteś Wybrańcem Ognia, chłopcze. Jesteś tym, który może
zgładzić zdrajcę Larkina i ustanowić pokój w tej krainie.
-
Przecież nie jestem nikim, kto mógłby podołać takiemu
brzemieniu.
-
Nie słuchasz mnie. Jesteś Wybrańcem Ognia! Masz moc o jakiej
słyszałeś tylko w legendach.
-
A kim są ci wybrańcy? - zaciekawił się. Powoli smutek był
zastępowany przez chęć zemsty na Larkinie i jego ludziach.
-
Jesteśmy pół bogami. Dostaliśmy część boskiej mocy, a ty masz
jej najwięcej ze wszystkich.
-
My?
-
Ja też jestem wybrańcem. Wybrańcem Powietrza.
-
Jesteś szurnięty. Jak mam się stąd wyjść?
-
Musiałbyś mieć skrzydła, a nie wydaje mi się żebyś miał. A
może się mylę?
-
Skrzydła!? - wykrzyknął z niedowierzaniem i szeroko otwartymi
niebieskimi oczami.- To gdzie ja jestem?
-
W środku góry, a jedyne wyjście znajduje się na jej szczycie.
-
Więc jak się tu dostaliśmy?
-
Przylecieliśmy, z jego pomocą – wskazał ręką w kierunku
otwartych wrót, za którymi pojawił się gigantyczny orli łeb.
-
Bogowie! Co to jest?!
-
„Kto”, pisklaku. „Kto – powiedział doń melodyjnie i
łagodnie orzeł.
-
O bogowie! Jestem tu z ześwirowanym staruchem i gadającym orłem!
- wykrzyczał mocno skołowany Edan.
-
Może to nauczy cię pokory i szacunku do swoich nauczycieli –
wyciągnął rękę w stronę dzbanka z wodą, stojącego na
stoliku, z którego wyleciał strumień wody. Przybrała ona jednak
delikatnie żółtą barwę. Po chwili uformowała się z niej lina
i spętała Edana, który jak kłoda runął na ziemię.
-
Coś ty mi zrobił świrze?! Pewnie mnie tu teraz niecnie
wykorzystacie! - ryknął Edan z ziemi.
-
Ale się trzepie. Jak młody zając – skomentował orzeł.
-
Jest jeszcze młody Shea, nauczy się.
Chłopak cały czas miotał się po ziemi próbując
zerwać więzy i krzyczał.
-
Uwolnijcie mnie! Nie będziecie mnie tu więzić!
-
Przestań się tak drzeć! Uwolniłbym cię już dawno gdybyś się
uspokoił!
Edan
zrezygnowany przestał się miotać i położył się bez ruchu
oświadczając:
-
Nie ruszę się stąd na krok póki mnie nie uwolnisz!
-
Chyba się nie nauczy Artairze – rzekł Shea.
-
Też w to wątpię, ale nie traćmy jeszcze nadziei.
-
Może to nie ten? - powiedział pytająco orzeł.
-
Przecież sam widziałeś, co zrobił w Tarenie.
-
Owszem. Może to i on, ale niech nie liczy na mnie gdy coś mu się
stanie. Jest zbyt głupi.
-
Nie jestem wcale głupi! I co takiego zrobiłem? Tak w ogóle to
może zaczęlibyście mówić do mnie, a nie traktować mnie jak
powietrze!
-
Zaraz sam użyje na tobie powietrza, chłopcze – powiedział przez
zęby Artair i uformował na dłoni dziwną, żółtą kulę kręcącą
się w środku.
-
Dobrze, dobrze, już nic nie mówię.
-
No nareszcie.
-
A teraz przejdźmy do rzeczy. - powiedział, a więzy trzymające
Edana zniknęły. - pamiętasz atak na twoją wioskę?
-
Tak, właśnie wracałem z polowania, gdy zobaczyłem że miasto się
pali. Pobiegłem w jego stronę. Gdy znalazłem się na głównej
ulicy zobaczyłem pozostałych przy życiu wieśniaków, ja... nie
zdążyłem ich uratować, byłem za daleko. Zginęli wszyscy, na
moich oczach, wszyscy – znów do oczu napłynęły mu łzy.
-
Pamiętasz coś jeszcze?
-
Tylko twarze rodziców i Isleeny. Pamiętam głos w mojej głowie...
-
Jaki głos?
-
Wiem tylko, że to nie był ludzki głos. Był władczy i
majestatyczny. Pełen dumy i pewności siebie.
-
Więc to jednak on... – na twarzy mężczyzny pojawiło się
zamyślenie i błogi spokój.
-
Orzeł spojrzał na niego pytająco, a Artair odpowiedział mu:
-
To musiał być twój daleki kuzyn, Sheo.
-
On? Niemożliwe, żeby miał w sobie tak potężne zwierzę. Chociaż
jeżeli to ten z przepowiedni to... to na pewno mógłby być on –
powiedział orzeł i po chwili, także się zamyślił.
-
O co znowu chodzi! - wykrzyknął Edan.
Artair
już wyciągnął rękę, ale po chwili cofnął ją i rzekł:
-
Chodź za mną.
Wyrwał
się z zamyślenia i ruszył w stronę odrzwi. Chłopak pozbawiony
wyboru podążył za nim. Za drzwiami zobaczył gigantycznego orła.
Jego oko, było wielkości pięści chłopca. Potężne skrzydła
złożone były na jego masywnych bokach. Szpony przy każdym
kontakcie z posadzką wydawały dźwięk pocierania metalem o metal.
Ogon długi na pięć łokci włóczył się po ziemi. Złociste
pióra błyszczały w świetle pochodni, którymi oświetlona była
sporych rozmiarów, okrągła sala. Gdy chłopak spojrzał w górę
zobaczył, że sala miast sufitu ma monumentalny otwór przez, które
widać było nocne niebo rozjarzone gwiazdami. W ścianach sali
znajdowały się identyczne drzwi jak od pokoju w, którym obudził
się Edan. Skierowali się w stronę jednych z nich znajdujących
się po prawej, nieco większych od pozostałych. Weszli do
pomieszczenia, które okazało się wielką biblioteką. Na środku
pomieszczenia znajdował się wielki pentagram, dookoła niego
ustawione były w okręgu regały z książkami. Na suficie nad
pentagramem namalowane były twarze wszystkich bogów wraz z
poświęconymi im zwierzętami.
-
Stań w centrum pentagramu.
Edan
posłusznie wykonał polecenie, gdyż wiedział że opór jak na
razie nie ma najmniejszego sensu.
-
Ale co z tym głosem?
-
Każdy wybraniec – czyli osoba, która została obdarzona połową
boskiej mocy, ma zapieczętowane wewnątrz siebie zwierzę
poświęcone danemu bogu. Przed wydostaniem się go chroni cię
pieczęć – taka jak na twoim brzuchu.
-
Ale jaka pie...
-
Nawet nie pytaj!
-
Dobrze już poważnieje – momentalnie zmienił się wyraz jego
twarzy. Z roześmiania i głupkowatości w skupienie i ciekawość.
-
Wracając. Pieczęć ma sześć poziomów. Odblokowanie pierwszego
pozwala na czerpanie niewielkiej energii z zapieczętowanego
zwierzęcia. Odblokowanie drugiego pozwala słyszeć jego myśli i
zwiększa przepływ energii. Trzeci pozwala na bezpośredni myślowy
kontakt, zwiększa przepływ energii i widocznie zmienia twoje
ciało, lecz w niewielkim stopniu, oraz umożliwia przyzwanie
widmowej postaci zwierzęcia . Czwarty...
-
Jak to zmienia ciało?
-
Zaraz do tego dojdę. Czwarty stopień pozwala na wykształcenie się
widmowych części ciała zwierzęcia i daje jeszcze większą
energię. Piąty pozwala przybrać humanoidalną formę zwierzęcia
i umożliwia przepływ energii do maksimum.
-
A co z szóstym?
-
Dowiesz się gdy będziesz gotowy. A teraz rozpocznijmy szkolenie.
Twoim żywiołem jest ogień, więc zacznijmy od kuli ognia. Popatrz
na mnie – powiedział znacząco Artair.
Złapał
się za przegub i nagle na powierzchni dłoni zajaśniał niewielki
płomień, który w niesamowity sposób zaczął rosnąć i po
jakichś dwóch sekundach uformował kulę z ognia. Miała ona jednak
żółty kolor. Emanowały z niej złociste płomienie.
-
Teraz twoja kolej, chłopcze. Możesz złapać się za przegub jeśli
tak jest ci łatwiej. Ten pentagram znacznie ułatwi ci kontrolę i
zrozumienie tej techniki. Teraz skup się na dłoni i wyobraź sobie
na niej kulę ognia. Spróbuj skupić tam energię. Będziemy
próbować, aż ci się nie uda, lub padniesz ze zmęczenia.
Edan
złapał się za przegub i wykonał polecenia Artaira. Na dłoni
pojawił się drobny, czerwony płomyk, ale nic więcej.
-
To dobry początek. Spróbuj jeszcze raz, mój uczniu.
-
Tak jest, mistrzu – powiedział z szacunkiem po raz pierwszy.
Pragnienie zemsty wzbierało w nim z każdą sekundą. Chciał zabić
Larkina za to co mu zrobił. I dzięki magii, mógł tego dokonać.
Musiał tego dokonać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz