Prolog Screamgour’ a
Ta historia zaczyna
się w deszczowy, ponury, wiosenny dzień. Ponury szczególnie, bo właśnie
teraz w Werglo odbywały się obrady w sprawie wojny z Helgianem. Niewielu ludzi pamiętało jeszcze I Wielką Wojnę Sojuszu i niewielu chciało ją pamiętać.
Wszyscy chcieli pokoju. Wiedzieli czym grozi walka z Helgianem. Dawniej
wielkie, wspaniałe, bogate Cesarstwo Werglo sięgało od Gór Srebrnych po
Zatokę Łososi, od Zatoki Mgieł po Góry Wysokie. Jego armia była
najpotężniejsza ze wszystkich istniejących na świecie. Zakon magów
czuwał nad pokojem, a targi zasypywane były towarami krasnoludzkimi,
ludzkimi i elfickimi. Jednak wszystko ma swój koniec. Ta sielanka też
nie trwała wiecznie. Pewien człowiek będący magiem uznał, że nie
dostrzega się jego talentów. Był w wielkim błędzie, bo dostrzegał je
każdy mag, łącznie z przywódcą Zakonu – Raghnall’ em. Raghnall był Wybrańcem - osobą, którą bóg obdarzył częścią swojej mocy. Wybrał go sam Lithius – bóg światła i
stworzenia. Jego brat Gizus, z kolei upodobał sobie zwyrodnialca.
Zarozumiałego chłopca, którego imię brzmiało Larkin. Był to ten sam
chłopak, o którym wspomniałem wcześniej. Zdradził on Zakon i razem z
kilkoma innymi sobie podobnymi założył Helgian. Miejsce w, którym
żaden z was nie chciałby się znaleźć. Jednak nasz bohater jest daleko
stamtąd. Nie wiedział co go czeka, ale nie miało to być nic przyjemnego.
Mieszka on w mieście nad Fures. Rzece, która daje życie całej populacji
Kontynentu. Ale wracając. Jego ojcem był kupiec. Co rano wychodził na
rynek i wracał dopiero późnym popołudniem. Screamgour (bo tak ma na imię
nasz bohater) nie mając co robić często włóczył się po mieście, lecz
tym razem postanowił zrobić coś innego. Coś co zmieniło jego życie na
zawsze. Wyszedł przez główną bramę miasta i ruszył w stronę lasu. Nie
wiedział czemu tam poszedł. Po prostu to zrobił. Ocknął się z amoku
dopiero głęboko w lesie Usłyszał coś jakby łamaną gałązkę. Podszedł
powoli to sprawdzić i wyjrzał zza drzewa.
- IAUUU!!! - ryknął boleśnie.
Poczuł przeszywający
ból w ramieniu. Złapał się za nie i poczuł strzałę wystającą z jego
barku. Spojrzał się za siebie i zobaczył kilku ludzi szyjących doń z
łuku. Był przerażony. Zaczął uciekać. Strzały pruły liście i utykały w
pniach. Biegł tak przez kilka minut. Przestał dopiero, gdy nie słyszał
już strzał ani kroków. Piekły go płuca i zaschło mu w gardle. Rozejrzał się wokoło.
- Chyba nigdy się stąd nie wydostanę. Zgubiłem się - mruknął przygnębiony.
Z tym problemem
poradził sobie szybko. Na starych mapach ojca widział, że miasto leży na
południowy zachód od lasu. Wiedział też, że mech rośnie po północnej stronie
drzew. Podbiegł do drzewa i zobaczył. Z każdej strony mech. Przy drugim podobnie, trzecim,
czwartym, piątym również. Mech rośnie w każdą stronę – pomyślał. Usiadł
zrezygnowany na przewróconym pniu. Bał się. Nagle usłyszał szelest.
Spojrzał za siebie i z krzaków wyskoczył na niego rosły mężczyzna z
nożem w ręce. Upadł na chłopaka i przycisnął żebra kolanami. Spróbował wbić nóż w serce. Chłopak chwycił go odruchowo za rękę. Bał się, a krew w nim buzowała. Siłował
się z mężczyzną, pot skropił mu czoło. W krzakach zobaczył jakiś ruch.
Niespodziewanie na przeciwnika wyskoczył wilk. Wbił swoje zęby i szpony w
jego ramię. Screamgour przeczołgał się kawałek dalej i wyjął strzałę z
ramienia. Poczuł przenikliwy, kłujący ból. Znacznie gorszy niż ten, gdy
strzała go przeszywała. W końcu wyjął ją. Była cała zakrwawiona, a ubranie w
okolicy rany zabarwiało się na szkarłatny kolor. Mężczyzna uporał się z
wilkiem i wbił mu nóż w kark. Teraz zbliżał się do Screamgour’a. Ten
bardzo się bał, ale adrenalina sprawiła, że przestał czuć ból. Zobaczył hełm
człowieka, który chciał go zabić. Był na nim znak Helgianu -biała
błyskawica spowita w ciemne chmury. Zrozumiał, że jeżeli jest tu
żołnierz Helgianu to musi być tu też bitwa. Jego miasto było w niebezpieczeństwie. Fala wściekłości i nienawiści zalała go od stóp do
czubka głowy. Żołnierz spojrzał na rękę ofiary z przerażeniem.
Screamgour nie wiedział o co chodzi i również na nią spojrzał.
Błyszczała na niej kula wielkości dłoni. Była cała niebieska,
rozjaśniająca się do wewnątrz.. Po chwili zobaczył też, że cała kula
wiruje. Nie tracąc czasu ruszył na przeciwnika i uderzył go kulą w
brzuch z całych sił. Uderzenie było tak potężne, że niedoszły zabójca
odleciał kilkanaście metrów dalej i uderzył w pień drzewa, łamiąc je z trzaskiem. Chłopiec położył się na ziemi bez ruchu, zmęczony i
pozbawiony sił. Leżał tak przez dłuższy czas, gdy usłyszał ciche piski
dobiegające z jego prawej strony. Powoli wstał i podszedł tam. Odsunął
gałęzie i zobaczył coś co zmieniło jego życie na zawsze. Między drobnymi
krzewinkami leżało małe wilczątko.
- Ta wilczyca, która zginęła to pewnie jego matka – pomyślał. Wziął go delikatnie na ręce i zaniósł na polankę.
- Możesz mnie już położyć – usłyszał głos wewnątrz swojej głowy.
- Co do…
- Jeszcze się nie zorientowałeś? – ponownie powiedział głos wewnątrz jego czaszki.
- Kim jesteś? Jeszcze jednym żołnierzem? Wyjdź z ukrycia tchórzu!
- Jestem na twoich rękach – powiedział ze zrezygnowaniem głos.
- Co?! Tam jest tylko mały wilczek – odrzekł zdecydowanie zirytowany, ale zaraz później dodał – Wyjdź z ukrycia!
- JA JESTEM TYM WILCZKIEM! – tym razem głos dudnił mu pod czaszką, jakby ktoś zadął w róg wprost do jego ucha.
- Niemożliwe.
- A jednak.
- Na Lithiusa, zwariowałem– wyrzucił zrezygnowany Scrymgeour.
- Posłuchaj mnie. Pomogę ci, ale pod jednym warunkiem.
- Czekaj – przerwał mu chłopak – to ja cię stąd zabiorę pod jednym warunkiem.
- Mów.
- Zaprowadź mnie do miasta.
- Do Maradian? Nie radzę.
- Posłuchaj... wilczku – w tej chwili złapał go za kark i rzekł – teraz ja jestem panem sytuacji i ty masz mnie słuchać!
- Dobrze – ugryzł chłopaka w rękę.
- IAUUUUUU! Prawie odgryzłeś mi palec – wystękał przez zęby, a później dodał. – Bogowie, czy ja rozmawiam z wilkiem?!
- Przestań stękać. Zaprowadzę cię do Maradian, ale przyrzeknij, że nie zrobisz niczego na co nie pozwolę.
- Dobrze. Przyrzekam.
- Więc chodźmy. Będę cię prowadził.
I ruszyli razem przez
gęsty las. Okazało się, że chłopak nie odszedł tak daleko od miasta. Do
pięciu minutach marszu las robił się rzadszy i dało się słyszeć wesołe
okrzyki. Jednak im bliżej miasta byli, tym bardziej krzyki radości
przypominały lamenty bólu i strachu. W końcu zobaczyli miasto i ukryli
się wśród drzew. Screamgour, aż westchnął ze strachu. Miasto stało w
płomieniach. Przed bramą stali żołnierze Helgianu, a obok nich wielkie
pale na, które nabici byli ludzie. Mury były całkowicie zdewastowane.
Kto mógł, uciekał z miasta, ale niedaleko bo zaraz byli zabijani przez
helgiańskich łuczników urządzających sobie zabawę w strzelanie do
„kaczek”.
- Właśnie o tym mówiłem – powiedział wilczek, który jak dotąd siedział cicho pod kaftanem chłopaka.
- Tak są moi rodzice! – krzyknął.
- Siedź cicho
bo nas usłyszą! – rzucił. - Zaprowadzę cię do bezpiecznego miejsca. A
teraz wstawaj i idź, a ja cię poprowadzę.
I
ruszyli z powrotem w gęsty las pochłonięty nocą. Krzyki zabijanych
ludzi powoli cichły, a łkanie Screamgour’a stało się
coraz głośniejsze. Wiedział, że stracił wszystko. Rodziców, przyjaciół,
dom, pamiątki, rodzinę. Teraz zaczęła się jego prawdziwa przygoda.
Przygoda w świecie magii i zła. Magicznych stworów i konfliktów ludzi. A
Screamgour miał trafić w sam środek konfliktu i odegrać w nim ogromną
rolę. Ale na razie o tym nie wiedział.