środa, 9 kwietnia 2014

Rozdział III

Rozdział III
Ucieczka

Ze sporego, miękkiego łóżka wstał szesnastoletni blondyn. Powoli i spokojnie zbliżył się stolika, na którym leżały biała tunika, czarne nogawice i granatowa. skórzana kurtka, sięgająca do połowy ud. Ubrał się, a na końcu wciągnął na nogi wysokie buty wykonane z białej jak śnieg skóry. Tak ubrany zebrał z narożnika pokoju jednoręczny miecz, schowany w brązowej pochwie zdobionej srebrnymi akcentami oraz cisowy łuk, które otrzymał od Artaira w dniu swoich szesnastych urodzin. Na ścianie zawieszony był brązowy kołczan, z którego wystawało kilka strzał z czerwono białymi lotkami. Z podłogi zabrał dużą torbę z paskiem, stanowczo za dużym na jakiegokolwiek człowieka. Bezszelestnie otworzył misternie zdobione, dębowe drzwi i wszedł do centralnej komnaty. Na jej ścianach zawieszone były pochodnie jarzące się żółtym ogniem. Skierował się w stronę lewej komnaty, pełniącej rolę spiżarni. Po cichu wszedł do środka i spakował do torby prowiant na około tydzień. W starej beczce po winie leżały dwa, spore mieszki wypełnione złotymi monetami. Po wyjściu z sali stanął na środku pomieszczenia. Spojrzał do góry. Centralnie nad jego głową jaśniał księżyc, którego światło wpadał do komnaty przez gigantyczny i długi na sto łokci, idealnie okrągły otwór.
- Teraz, Tonitresie – powiedział w umyśle Edan.
Nagle tarcza księżyca została zasłonięta przez ogromnych rozmiarów gryfa. Niespodzianie chłopak usłyszał za plecami dźwięk, który zmroził mu krew w żyłach:
- Nie jesteś gotowy, mój uczniu – powiedział Artair.
- Nie ty masz o tym decydować, mistrzu – wysyczał Edan, po czym wykrzyknął w umyśle – Czekaj Tonitresie. Zostań na górze i bądź gotów na plan awaryjny.
Chłopak powoli cofał się do ściany w miarę jak jego mistrz się doń przybliżał. Zaczął zbierać energię w rękach i nogach starając się je wzmocnić.
-Edanie, nie bądź głupi. Nie jesteś gotów. Opanowałeś ledwie początki. Nie umiesz nawet kumulować energii w częściach ciała, a co dopiero ją formować i materializować. O kontroli nie ma nawet co mówić. Nie pokonasz Larkina!
- Nie będziecie mnie tu zatrzymywać. Potrafię sam o siebie zadbać. Zemszczę się! - ostatnie słowa były przepełnione żalem, którego nie pozbył się nawet po roku od tamtej tragedii.
Edan czuł energię w swoich rękach i nogach. Uformował z niej gryfie szpony i łapy. Wyskoczył nad swego nauczyciela, nim ten zdążył zareagować i wylądował za nim. Pobiegł tak kilka metrów, po czym porządnym susem wskoczył do wielkiego otworu, znajdującego się pięć metrów nad ziemią i wbił swoje szpony w kamień. Pędził z ogromną prędkością pionowo w górę zapierając się szponami u wielkich łap uformowanych z czerwonej jak krew energii. Po dłuższej chwili dotarł do szczytu otworu i wystrzelił wysoko w niebo. Szpony i łapy zniknęły, a na ich miejsce powróciły normalne, ludzkie ręce i nogi. Zaczął opadać, lecz gdy już miał rozbić się na skałach, wylądował na czymś miękkim. Był to jego gryf. Błękitno srebrne futro błyszczało w blasku księżyca i gwiazd. Wielkie na dziesięć stóp skrzydła wzbijały jego kolosalne ciało w górę. Mroźne, nocne powietrze biło Edana po twarzy i rozwiewały jego średniej długości blond włosy.
- Na pewno chcesz tam lecieć?
- Tak. Muszę zobaczyć co się stało.
- Jak chcesz.
Chłopak odwrócił się jeszcze raz w stronę góry.
- Przepraszam mistrzu – szepnął.

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~


Edan klęczał w miejscu gdzie powinna być główna ulica i patrzył na miejsce gdzie rok temu zginęli jego rodzice i ukochana. Przypomniał sobie wszystko co się stało. Z oczu płynęły mu stróżki łez, serce wypełniał smutek i gorycz. Tonitres podszedł do niego, oparł pysk na jego ramieniu i polizał go po twarzy.
- Dziękuję.
- Przynajmniej zabiłeś wszystkich.
- Tak, ale nie zdołałem ich ocalić.
- Ruszajmy. Już nic nie zrobisz – spróbował go pocieszyć gryf.
- Masz rację. Nie ma co zwlekać, przyjacielu.
- Wsiadaj, bracie – rzekł z nutą współczucia Tonitres.
Blondyn powoli wstał z klęczek i wspiął się na grzbiet zwierzęcia. Złapał się jego lśniącej sierści, po czym odlecieli w stronę Gór Białych. Wlecieli pomiędzy ponad białe pióropusze chmur. Gryf opadł na wskazaną przez blondyna półkę skalną. Edan pojął wtedy czemu te góry noszą nazwę białych. Wszystkie były z białego wapienia, a ich szczyty pokryte były czystym jak łza, wiecznym śniegiem. Wylądowali na sporych rozmiarów, płaskiej półce. Wszędzie panowało przenikliwe zimno. Edan powiedział:
- Przydałaby się jakaś jaskinia.
- Owszem – odparł gryf – Polecę jakiejś poszukać.
- Nie trzeba – powiedział chłopak i zbliżył się do skały wyciągając rękę.
Po chwili na dłoni pojawił się czerwony ogień, liżący powoli wapienne skały, które po chwili zaczęły się topić niczym masło na słońcu. Proces trwał już od kilku minut i płomienie zdążyły wypalić sporą dziurę w skalę. Wtedy blondyn rzekł cały czas trzymając ręce na ścianie i prąc naprzód:
- Tonitresie, przynieś tu drewno na opał – rozkazał chłopak.
Gryf rozłożył skrzydła i poleciał. Edan przez chwilę go obserwował, lecz gdy zwierzę zniknęło za górą skupił się na pracy. Cały czas przesyłał energię w głąb skały topiąc ją, a drugą ręką, nienaturalnie powiększoną za pomocą energii, zrzucał pozostałości w dół zbocza. Po dłuższym czasie skończył i obejrzał swoje dzieło. Wytopił w kamieniu jaskinię długą na piętnaście łokci i wysoką na tyle by zmieścił się do niej gryf i zostało jeszcze sporo miejsca. Rozłożył koce na ziemi i wyjął z torby, wcześniej założonej na gryfie, kilka kawałków mięsa, chleb, garnek i łyżkę. Wlał do naczyniawodę z bukłaka i wrzucił do niej kawałki mięsa oraz bryłkę soli dla smaku. Czekał tylko na powrót towarzysza z drwami na opał. W międzyczasie wyjął z torby kilka ziół i odłożył je na bok. Do garnka wrzucił też dwa pomidory i marchewkę pospiesznie pokrojone na gołym kamieniu. W końcu usłyszał znajomy szum skrzydeł. Na widok Tonitresa niosącego drewno w pysku ucieszył się niezmiernie:
- Wreszcie jesteś, bracie! - wykrzyknął radośnie Edan.
- Nie szykuj mi nic do jedzenia. Upolowałem młodą kozę. Tylko rozpal ognisko, bo na zewnątrz jest niesamowicie zimno. Chyba zamarzły mi szpony – powiedział do chłopaka w umyśle z lekkim wyrzutem.
Po tym fakcie wyrzucił z pyska drwa i ułożył się na końcu groty. Blondyn zabrawszy drewno rozpalił ogień pstryknięciem palców, a to, które zostało, schował do torby.
- Przyda się na później – rzucił w stronę gryfa, który już smacznie spał.
Spostrzegłszy to, położył gar nad ogniem i zajął się gotowaniem. O dziwo gulasz nie był wcale zły, a po posiłku położył się obok towarzysza plecami do ogniska, a on przykrył go skrzydłem.
- Nie śpisz? - spytał Edan.
- Nie. Tak głośno jesz, że mnie obudziłeś – rzekł z wyrzutem – Ale co teraz zamierzasz zrobić? Wiesz, że gdziekolwiek byś nie poszedł to ja zawsze pójdę z tobą, przyjacielu.
- Wiem, bracie. Wiem. Jutro z rana udamy się do pobliskiej wioski, a ja postaram się czegoś dowiedzieć o tym Ruchu Oporu. Tylko proszę cię Tonitresie. Nie rzucaj się w oczyb– powiedział błagalnie.
- O to się nie bój, kolego. Poradzę sobie – powiedział po czym zasnął.
Edana po chwili również zmorzył sen, po smacznym i sytym posiłku.

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

Blondyn siedział w karczmie rozbrzmiewającej wieloma głosami, w której pełno było pijaków, a także mężczyzn znudzonych życiem i ględzeniem żon. Oprócz nich była tam także najgłośniejsza grupa żołnierzy jaką w życiu widział - albo lepiej – słyszał. Trzaskali pięściami w stoły, rozlewali miód i zaczepiali każdą nierozważną dziewkę. Jeden z nich podjął najbardziej interesujący Edana temat.
- A słyszeliście hik żę jutreo hik mamy eskortować jakiś konwój w stronę hik Sorok hik? - w tym momencie uderzył z całej siły w stół rozlewając po towarzyszach trunki.
- Ciiiii! – powiedział jego trzeźwiejszy kolega, przysuwając chwiejący się palec do ust. - Kapitan powiędział, abyźmy nie rozpowiadali tego po knajp... hik knajpach – rzekł grożąc palcem.
- A to debile – powiedział cicho Edan ze zdziwieniem, śmiejąc się w duchu z głupoty żołnierzy.
- Mam tylko nadzieję hik , że nie zaatakują nas ci hik partyzanci. Osssstatnio hik, przejmują hik, każdy masz hik transpord hik.
- Nie partyzanci tylko hik rebelianci – i po tych słowach beknął potężnie, uderzył głową w stół i zasnął.
- A to hik świnia. Wygląda na to że nie dopił swojego piwa hik. Ktoś będzie musiał dopić je za niego. Ja się piszę
- Nie, ja byłem jego najlepszym przyjacielem więc to ja powinienem je wypić – i w dowód przyjaźni przytulił śpiącego towarzysza.
- Ale to mi jest dłużny. - krzyknął inny.
Żołnierze rzucili się sobie do gardeł. W karczmie zapanował zamęt. Dookoła latały kufle, krzesła i inne rzeczy. Jeden z żołnierzy złapał obraz wiszący na ścianie uderzył w barmana przebijając płótno. Ten uciekł na górne piętro z ramą na szyi. Zapanował chaos, z którego skorzystał Edan. Nie musząc płacić za strawę wybiegł unikając ciśniętego w jego stronę kufla. W ten sposób zdobył potrzebne informacje i zaoszczędził pieniądze. Wyszedł powoli przez bramę i ruszył w stronę lasu,w którym czekał na niego Tonitres. Chłopak wsiadł nań i odlecieli w stronę odległego od nich o jakieś 40 staj Soroc, do którego nazajutrz miał wyjechać konwój. Musieli przygotować zasadzkę w pobliskim lesie. Nie sądzili, że skrzyżują losy z inną parą podobnych sobie.

2 komentarze: