Rozdział
III
Ucieczka
Ze sporego, miękkiego
łóżka wstał szesnastoletni blondyn. Powoli i spokojnie zbliżył
się stolika, na którym leżały biała tunika, czarne nogawice i
granatowa. skórzana kurtka, sięgająca do połowy ud. Ubrał się,
a na końcu wciągnął na nogi wysokie buty wykonane z białej jak
śnieg skóry. Tak ubrany zebrał z narożnika pokoju jednoręczny
miecz, schowany w brązowej pochwie zdobionej srebrnymi akcentami
oraz cisowy łuk, które otrzymał od Artaira w dniu swoich
szesnastych urodzin. Na ścianie zawieszony był brązowy kołczan,
z którego wystawało kilka strzał z czerwono białymi lotkami. Z
podłogi zabrał dużą torbę z paskiem, stanowczo za dużym na
jakiegokolwiek człowieka. Bezszelestnie otworzył misternie
zdobione, dębowe drzwi i wszedł do centralnej komnaty. Na jej
ścianach zawieszone były pochodnie jarzące się żółtym ogniem.
Skierował się w stronę lewej komnaty, pełniącej rolę spiżarni.
Po cichu wszedł do środka i spakował do torby prowiant na około
tydzień. W starej beczce po winie leżały dwa, spore mieszki
wypełnione złotymi monetami. Po wyjściu z sali stanął na środku
pomieszczenia. Spojrzał do góry. Centralnie nad jego głową
jaśniał księżyc, którego światło wpadał do komnaty przez
gigantyczny i długi na sto łokci, idealnie okrągły otwór.
- Teraz, Tonitresie –
powiedział w umyśle Edan.
Nagle tarcza księżyca
została zasłonięta przez ogromnych rozmiarów gryfa. Niespodzianie
chłopak usłyszał za plecami dźwięk, który zmroził mu krew w
żyłach:
- Nie jesteś gotowy, mój
uczniu – powiedział Artair.
- Nie ty masz o tym
decydować, mistrzu – wysyczał Edan, po czym wykrzyknął w umyśle
– Czekaj Tonitresie. Zostań na górze i bądź gotów na plan
awaryjny.
Chłopak
powoli cofał się do ściany w miarę jak jego mistrz się doń
przybliżał. Zaczął zbierać energię w rękach i nogach starając
się je wzmocnić.
-Edanie, nie bądź głupi. Nie jesteś gotów. Opanowałeś ledwie
początki. Nie umiesz nawet kumulować energii w częściach ciała,
a co dopiero ją formować i materializować. O kontroli nie ma nawet
co mówić. Nie pokonasz Larkina!
- Nie będziecie mnie tu zatrzymywać. Potrafię sam o siebie zadbać.
Zemszczę się! - ostatnie słowa były przepełnione żalem, którego
nie pozbył się nawet po roku od tamtej tragedii.
Edan czuł energię w swoich rękach i nogach. Uformował z niej
gryfie szpony i łapy. Wyskoczył nad swego nauczyciela, nim ten
zdążył zareagować i wylądował za nim. Pobiegł tak kilka
metrów, po czym porządnym susem wskoczył do wielkiego otworu,
znajdującego się pięć metrów nad ziemią i wbił swoje szpony w
kamień. Pędził z ogromną prędkością pionowo w górę
zapierając się szponami u wielkich łap uformowanych z czerwonej
jak krew energii. Po dłuższej chwili dotarł do szczytu otworu i
wystrzelił wysoko w niebo. Szpony i łapy zniknęły, a na ich
miejsce powróciły normalne, ludzkie ręce i nogi. Zaczął opadać,
lecz gdy już miał rozbić się na skałach, wylądował na czymś
miękkim. Był to jego gryf. Błękitno srebrne futro błyszczało w
blasku księżyca i gwiazd. Wielkie na dziesięć stóp skrzydła
wzbijały jego kolosalne ciało w górę. Mroźne, nocne powietrze
biło Edana po twarzy i rozwiewały jego średniej długości blond
włosy.
- Na
pewno chcesz tam lecieć?
-
Tak. Muszę zobaczyć co się stało.
-
Jak chcesz.
Chłopak
odwrócił się jeszcze raz w stronę góry.
- Przepraszam mistrzu – szepnął.
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
Edan klęczał w miejscu gdzie powinna być główna ulica i patrzył
na miejsce gdzie rok temu zginęli jego rodzice i ukochana.
Przypomniał sobie wszystko co się stało. Z oczu płynęły mu
stróżki łez, serce wypełniał smutek i gorycz. Tonitres podszedł
do niego, oparł pysk na jego ramieniu i polizał go po twarzy.
- Dziękuję.
- Przynajmniej zabiłeś wszystkich.
- Tak, ale nie zdołałem ich ocalić.
- Ruszajmy. Już nic nie zrobisz – spróbował go pocieszyć gryf.
- Masz rację. Nie ma co zwlekać, przyjacielu.
- Wsiadaj, bracie – rzekł z nutą współczucia Tonitres.
Blondyn powoli wstał z klęczek i wspiął się na grzbiet
zwierzęcia. Złapał się jego lśniącej sierści, po czym
odlecieli w stronę Gór Białych. Wlecieli pomiędzy ponad białe
pióropusze chmur. Gryf opadł na wskazaną przez blondyna półkę
skalną. Edan pojął wtedy czemu te góry noszą nazwę białych.
Wszystkie były z białego wapienia, a ich szczyty pokryte były
czystym jak łza, wiecznym śniegiem. Wylądowali na sporych
rozmiarów, płaskiej półce. Wszędzie panowało przenikliwe zimno.
Edan powiedział:
- Przydałaby się jakaś jaskinia.
- Owszem – odparł gryf – Polecę jakiejś poszukać.
- Nie trzeba – powiedział chłopak i zbliżył się do skały
wyciągając rękę.
Po chwili na dłoni pojawił się czerwony ogień, liżący powoli
wapienne skały, które po chwili zaczęły się topić niczym masło
na słońcu. Proces trwał już od kilku minut i płomienie zdążyły
wypalić sporą dziurę w skalę. Wtedy blondyn rzekł cały czas
trzymając ręce na ścianie i prąc naprzód:
- Tonitresie, przynieś tu drewno na opał – rozkazał chłopak.
Gryf rozłożył skrzydła i poleciał. Edan przez chwilę go
obserwował, lecz gdy zwierzę zniknęło za górą skupił się na
pracy. Cały czas przesyłał energię w głąb skały topiąc ją, a
drugą ręką, nienaturalnie powiększoną za pomocą energii,
zrzucał pozostałości w dół zbocza. Po dłuższym czasie skończył
i obejrzał swoje dzieło. Wytopił w kamieniu jaskinię długą na
piętnaście łokci i wysoką na tyle by zmieścił się do niej gryf
i zostało jeszcze sporo miejsca. Rozłożył koce na ziemi i wyjął
z torby, wcześniej założonej na gryfie, kilka kawałków mięsa,
chleb, garnek i łyżkę. Wlał do naczyniawodę z bukłaka i wrzucił
do niej kawałki mięsa oraz bryłkę soli dla smaku. Czekał tylko
na powrót towarzysza z drwami na opał. W międzyczasie wyjął z
torby kilka ziół i odłożył je na bok. Do garnka wrzucił też
dwa pomidory i marchewkę pospiesznie pokrojone na gołym kamieniu. W
końcu usłyszał znajomy szum skrzydeł. Na widok Tonitresa
niosącego drewno w pysku ucieszył się niezmiernie:
- Wreszcie jesteś, bracie! - wykrzyknął radośnie Edan.
-
Nie szykuj mi nic
do jedzenia. Upolowałem młodą kozę. Tylko rozpal ognisko, bo na
zewnątrz jest niesamowicie zimno. Chyba zamarzły mi szpony
– powiedział do chłopaka w umyśle z lekkim wyrzutem.
Po tym fakcie wyrzucił z pyska drwa i ułożył się na końcu
groty. Blondyn zabrawszy drewno rozpalił ogień pstryknięciem
palców, a to, które zostało, schował do torby.
- Przyda się na później – rzucił w stronę gryfa, który już
smacznie spał.
Spostrzegłszy to, położył gar nad ogniem i zajął się
gotowaniem. O dziwo gulasz nie był wcale zły, a po posiłku położył
się obok towarzysza plecami do ogniska, a on przykrył go skrzydłem.
-
Nie śpisz?
- spytał Edan.
-
Nie. Tak głośno
jesz, że mnie obudziłeś
– rzekł z wyrzutem – Ale co teraz zamierzasz zrobić? Wiesz, że
gdziekolwiek byś nie poszedł to ja zawsze pójdę z tobą,
przyjacielu.
- Wiem, bracie. Wiem. Jutro z rana udamy się do pobliskiej wioski, a
ja postaram się czegoś dowiedzieć o tym Ruchu Oporu. Tylko proszę
cię Tonitresie. Nie rzucaj się w oczyb– powiedział błagalnie.
- O to się nie bój, kolego. Poradzę sobie – powiedział po czym
zasnął.
Edana po chwili również zmorzył sen, po smacznym i sytym posiłku.
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
Blondyn siedział w karczmie rozbrzmiewającej wieloma głosami, w
której pełno było pijaków, a także mężczyzn znudzonych życiem
i ględzeniem żon. Oprócz nich była tam także najgłośniejsza
grupa żołnierzy jaką w życiu widział - albo lepiej – słyszał.
Trzaskali pięściami w stoły, rozlewali miód i zaczepiali każdą
nierozważną dziewkę. Jeden z nich podjął najbardziej
interesujący Edana temat.
- A słyszeliście hik żę jutreo hik mamy eskortować jakiś
konwój w stronę hik Sorok hik? - w tym momencie uderzył z całej
siły w stół rozlewając po towarzyszach trunki.
- Ciiiii! – powiedział jego trzeźwiejszy kolega, przysuwając
chwiejący się palec do ust. - Kapitan powiędział, abyźmy nie
rozpowiadali tego po knajp... hik knajpach – rzekł grożąc
palcem.
- A to debile – powiedział cicho Edan ze zdziwieniem, śmiejąc
się w duchu z głupoty żołnierzy.
- Mam tylko nadzieję hik , że nie zaatakują nas ci hik partyzanci.
Osssstatnio hik, przejmują hik, każdy masz hik transpord hik.
- Nie partyzanci tylko hik rebelianci – i po tych słowach beknął
potężnie, uderzył głową w stół i zasnął.
- A to hik świnia. Wygląda na to że nie dopił swojego piwa hik. Ktoś będzie musiał dopić je za niego. Ja się piszę
- A to hik świnia. Wygląda na to że nie dopił swojego piwa hik. Ktoś będzie musiał dopić je za niego. Ja się piszę
- Nie, ja byłem jego najlepszym przyjacielem więc to ja powinienem
je wypić – i w dowód przyjaźni przytulił śpiącego towarzysza.
- Ale to mi jest dłużny. - krzyknął inny.
Żołnierze rzucili się sobie do gardeł. W karczmie zapanował
zamęt. Dookoła latały kufle, krzesła i inne rzeczy. Jeden z
żołnierzy złapał obraz wiszący na ścianie uderzył w barmana
przebijając płótno. Ten uciekł na górne piętro z ramą na szyi.
Zapanował chaos, z którego skorzystał Edan. Nie musząc płacić
za strawę wybiegł unikając ciśniętego w jego stronę kufla. W
ten sposób zdobył potrzebne informacje i zaoszczędził pieniądze.
Wyszedł powoli przez bramę i ruszył w stronę lasu,w którym
czekał na niego Tonitres. Chłopak wsiadł nań i odlecieli w stronę
odległego od nich o jakieś 40 staj Soroc, do którego nazajutrz
miał wyjechać konwój. Musieli przygotować zasadzkę w pobliskim
lesie. Nie sądzili, że skrzyżują losy z inną parą podobnych
sobie.
Blog żyje?
OdpowiedzUsuńTTTTTTTTTTTTTTaaaaaaaaaaaaaaakkkkkkkkkkk :)
OdpowiedzUsuń